Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 202 608 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

"Kiedy przeskoczysz, to i wtedy nie mów hop. Zobacz najpierw w co wskoczyłeś." Julian TUWIM

Kategorie

MARKSISTOWSKA ANALIZA ZJAWISKA MODY NA WULGARYZMY

piątek, 31 maja 2013 20:47

                                                          Motto: 

                                                                    Pamiętajcie, drogie dziatki,
                                                                                          Nie żartować z ojca, matki,
                                                                                          Bo paraliż postępowy
                                                                                          Najzacniejsze trafia głowy.  

                                                                                                       (Tadeusz Żeleński - Boy)

 

 

       Jestem marksistą ! A już zamierzałem porzucić tę metodę objaśniania świata oraz losów człowieka, bo jest niemodna i lepiej tego wszystkiego nie rozumieć, aniżeli przyznać się do stosowania jej, na co każdy prawy obywatel III RP reaguje pukaniem się w czoło i z tak zacofanym ludzkim egzemplarzem gadał nie będzie. Mimo tych wątpliwości postanowiłem podjąć w tym przedmiocie ostateczną decyzje, lecz oto utartym zwyczajem kupiłem w kiosku tygodnik WPROST. Zaintrygował mnie wypisany na okładce inserat: CHAMSTWO. Prostactwo i wulgarność w mediach i polityce. Prof. Hołówka: Najgorsze dopiero przed nami, a to wszystko na tle dość złośliwie wykonanego portretu Magdy Gessler, której obfite blond włosy przypominają rozsypany na jej głowie snop słomy. Trzeba było przeczytać tekst wywiadu Piotra Najsztuba z polskim filozofem i etykiem Jackiem Hołówką, żeby pojąć aluzję zawartą w takim właśnie przedstawieniu wieśniaczej fryzury pani Magdy.

        Jak polska tradycja to wyjaśnia, wulgarny język przypisywano kiedyś szewcom (klnie jak szewc mawiano), uosabiającym kategorię ludzi prostych, a w niej klasę robotniczą i chłopstwo, toteż z pewnym zadziwieniem czytałem niedawno wypowiedź polskiego inteligenta Kazimierza Kutza, który rozmowę z dziennikarzem obficie krasił mięsem. Klnie pani posłanka Krystyna Pawłowicz. Klną inni parlamentarzyści i państwowi działacze. Nie mam telewizora, nie wiem zatem jak wygląda sprawa w tym medium, a w radio słucham wyłącznie stacji RMF CLASSIC, która bardziej preferuje muzykę, niż gadanie. Lecz już w gazetach coraz częściej używany jest język przydający wypowiedziom różnych ludzi ekspresji za pomocą słów uchodzących za mocne. Nie zastanawiałem się nad zjawiskiem, bo skoro poziom dziennikarstwa zmarniał i marnieje nadal, skoro posłowie na Sejm, senatorowie i z nazwy ludzie kultury, swym wypowiedziom przydają swady za pomocą słów kiedyś uznawanych za wulgarne, to czemu tu się dziwić.

           Aż tu nagle prof. Jacek Hołówka podzielił się z polskim czytelnikiem odkrywczą myślą, która skłoniła mnie do pozostania wiernym marksizmowi. Bo przecież jedna z  jego metod objaśniania zjawisk społecznych polega na                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                    na

              

                       Oto ten, któremu przypisuje się zarażenie społecznych

                              warstw niższych zamiłowaniem do przeklinania.

                                 Epidemia dotknęła dzisiaj warstwy wyższe.

 

analizowaniu ich klasowego tła oraz rodowodu. Dziennikarz prowadzący wywiad mówi: Właśnie znalazłem dobro, które płynie z tego zalewającego nas chamstwa i wulgaryzmów! Dobre samopoczucie tzw. dołów społecznych, spłaszczenie struktury społecznej. Bo skoro wielcy mówią tak jak oni, to wszyscy jesteśmy tacy sami! Kibole Lecha i Legii mogą poklepać po plecach posłankę Pawłowicz i innych parlamen­tarzystów, gwiazdy telewizji, poczuć się wreszcie w tym kraju wśród swoich . Profesor idzie w odpowiedzi  kilka kroków dalej i nie tylko objaśnia klasowe pochodzenie zjawiska publicznego przeklinania i w ogóle niechlujnego języka, lecz jego narodziny sytuuje w konkretnie nazwanym okresie dziejów Polski: To jest zwycięstwo komunistów zza grobu. Komuniści zawsze mówili, że ten prosty, rzetelny robotnik i chłop to jest sól tej ziemi, dzięki niemu wszystko się kręci. W cza­sach komunistycznych nikt nie brał tego serio. A teraz nagle, kiedy mamy wolność i swobodę, większość ludzi, których można oglądać w telewizji czy w sytuacji publicznej, zrobi wszystko, żeby w takim świetle się postawić. Wiele lat temu, w latach 70., przez krótki czas pracowałem w radiu i tam próbowałem robić taki przegląd naukowy z tego, co ciekawego dzieje się w humani­styce i nauce. Moi szefowie powiedzieli mi, że kompletnie nie mam wyczucia. Mówili tak: „My tutaj specjalnie ćwiczymy się w mówieniu z akcentem i wy, Hołówka, wreszcie zrozumiejcie, mówimy: którom, chodzom, robiom i wtedy ludzie nas słu­chają! A was? Kto was chce słuchać, jak wy tam macie ten swój akcent, naczytaliście się i myślicie, że kogoś to obchodzi". I ten okres Gierka teraz wraca w postaci innych słów kluczy, powszechnych przekleństw, innej poprzeczki leżącej już na ziemi, żeby łatwo było przeskoczyć, ale wyżej lepiej nie ska­kać. Wtedy wszyscy - sprzedawcy polityki i mediów zarabiają więcej.

        W jednej z dalszych wypowiedzi przechodzi pan Profesor z obszaru nadbudowy, do której należy język, do sfery bazy ekonomicznej, skłonnością do   przeklinania objaśniając społeczno-ekonomiczny kontekst  postępującego zadłużenia Polski i Polaków. Dziennikarz pyta: Panie profesorze, a może to przyniesie uspokojenie społeczne, zapobiegnie ewentualnej klasowej wojnie domowej? A pan Profesor udziela odkrywczej odpowiedzi: Tak może być. Niemniej mamy wtórny okres Gierka: śmiałość do zaciągania kredytów, które nie wiadomo jak spłacić, kupowanie rozmaitych rzeczy, które są wyłącznie na pokaz, i taką trywialność, która mówi: niczego lepszego ode mnie na świecie nie ma, musicie wreszcie zrozumieć - my, ludzie z grubymi karkami, wreszcie zwyciężyliśmy i inni będą musieli na nas patrzeć z podziwem, bo wszystko poza tym zostanie przez nas podeptane i oplute.

          I tak, dzięki marksistowskiej metodzie którą stosownie do swej możliwości rozumienia, dla objaśniania stosunków społecznych i zmian zachodzących w postępowaniu ludzi oraz w ich języku stosuje prof. Hołówka, postanowiłem pozostać przy niej, by móc pojąć jej istotę w nowoczesnych zastosowaniach. Do dzisiaj mówi się o człowieku pochodzącym ze wsi, że mu słoma z butów wystaje. Wizerunek Magdy Gessler świadczy o awansie ściółki dla bydlątek, stosowanej niegdyś także przez ludzi dla ochrony stóp przed mrozem, do wyżyn, na których znajduje się głowa i zdobiąca ją fryzura. Znajduję w tym ilustrację, a także aluzję do omawianego przez Profesora zjawiska rozprzestrzenienia się języka niegdyś używanego przez doły społeczne, na dzisiejsze wyżyny.

          Druga ze znanych dam III RP, o której wspomina pan Profesor to też profesor (nie peofesorka !) Krystyna Pawłowicz - kobieta wykształcona 1), habilitowany doktor a zarazem osoba niezwykle pobożna. Ja już sobie wyobrażam ów przeżywany przez nią dramat, gdy od autorytetu, którym jest profesor filozofii i etyki dowiedziała się, że stanowi społeczny i kulturowy produkt komunizmu, co przejawia się w używanym przez nią języku. Ładnie to tak, pani Profesor, demonstrować swą miłość do Pana Jezusa oraz pozostałych osób Trójcy Przenajświętszej i jednocześnie nie kryć swej silnej więzi z komunizmem, posługując się językiem, który komuniści podnieśli do rangi pod ich panowaniem obowiązującego ?

         Na koniec spróbuję wykorzystać głęboką wiedzę p, prof. J. Hołówki w zakresie społeczno-ekonomicznego uwikłania używanego przez ludzi języka. Jedno z paskudnych powiedzeń w języku polskim brzmi: kurwa jego w cztery dupy kapitańskie mać i baranie jaja dzyń, dzyń, dzyń. Znane ono już było w końcu lat 30. ubiegłego wieku. Marksistowska analiza tekstu każe sądzić, że nie wymyślił go jakiś robol, ten bowiem zadowala się mało złożonymi i prymitywnymi zwrotami . Byłbym zatem wdzięczny panu Profesorowi za wyjaśnienie genezy powiedzonka i jego klasowego rodowodu. Bo w latach 30. istniała i działała wprawdzie w Polsce, dzisiaj zakazana partia komunistyczna, czy jednak komunista potrafi wymyślić tak złożone problemowo powiedzenie ? Chociaż, skoro nawet prof. Krystyna Pawłowicz używanym z lubością językiem, demonstruje swą więź z tą orientacją, to kto wie ?  

____________      

 1) Magda Gessler też sroce spod ogona nie wypadła i ukończyła malarstwo w  Akademii Sztuk Piękanych w Madrycie



komentarze (32) | dodaj komentarz

JABŁKO NIEZGODY

wtorek, 21 maja 2013 17:56

 

         

          WREDNA ERIDA W TRZEWIACH HENRYKI KRZYWONOS ?

         

          Sięgnąłem do greckiej mitologii, poszukując wytłumaczenia różnych zachowań naszych polityków, a zwłaszcza wygadywanych przez nich bzdur, niepoważnych dokonań, swarliwości. Wprawdzie chrześcijanie twierdzą, że nic nie dzieje się bez woli Najwyższego, ten jednak znalazł sposób na uniknięcie odpowiedzialności za uczynki każdego idioty, wyposażając człowieka w wolną wolę. I tak każdy ma sam odpowiadać za to, co czyni. No dobra, są jednak niekiedy takie wygłupy, że najinteligentniejszy kretyn tego nie wymyśli. Przyszło mi zatem do głowy, że mogą w nich mieć udział starożytni bogowie, których nowoczesne religie pozbawiły znaczenia i wpływów. Niewykluczone więc, że jako nieśmiertelni wciąż szwendają się po  świecie i choćby z nudów wcielają się w różnych ludzi, a ci nawet nie wiedzą jakie głupoty w trakcie takiego wcielenia wyprawiają.

 

          Przed wieloma tysiącami lat, gdy świat urządzony był według zasad opisanych w greckiej mitologii, boginią niezgody, chaosu, nieporządku i wszelkiego bajzlu była uskrzydlona Eris, zwana także Erydą. Królem jednej z krain w greckiej Tesalii był wtedy Peleus, którego żoną była Antygona. Pod wpływem złośliwych plotek i donosów uwierzyła, że jej mąż kocha się po boku z inną i powiesiła się z rozpaczy, w związku z czym chłop, po odbyciu przepisowej żałoby, postanowił ożenić się z grecką nimfą Tetydą. Jak zwyczaj wtedy i dzisiaj nakazuje, po ślubie odbyło się wesele. Uchodząca za młodą para zaprosiła na nie boginie i bogów, a wśród nich skrzydlatą Eris, ta natomiast, znając skłonność pań do wysokiej oceny swej urody bez względu na rzeczywistość, rzuciła między bawiące się damy złote jabłko z napisem dla najpiękniejszej. No i zaczęło się dziać, że spisać się tego nie da. Powiem tylko, że ukoronowaniem powstałego bajzlu była dziesięć lat trwająca wojna trojańska o porwaną jakoby Helenę - żonę króla Sparty Menelaosa, która, szczerze mówiąc, nie była bez winy, bo choć mężatka, kształtnym tyłkiem szukała lepszego dla siebie miejsca w starożytnym świecie.

 

                           

                                                 I nie wiadomo - Henryka Krzywonos przemawia,

                                                         czy ta piekielnica Eris nią się posługuje

           Nikt nie wie gdzie obijała się przez tysiące kolejnych lat uskrzydlona Eryda, lecz o jej obecności tu i ówdzie świadczyły różne awantury, które wybuchały w różnych częściach świata o drobiazgi mniej warte, niż mityczne złote jabłko. W ostatnich dniach pokazała się w Polsce, wcielając się w niegdysiejszą Miss „Solidarności” – Henrykę Krzywonos. Bo przecież ta poczciwa kobieta nie wpadłaby nigdy na pomysł by oświadczyć, że prawdziwym szefem „Solidarności” i mózgiem strajku w gdańskiej stoczni był Bogdan Borusewicz, a nie Wałęsa. No i zaczęło się.

 

                  

                                              Wałęsa dobrze wie, jak zmienne są nastroje mas.

                                 Sam nimi sterował. Jednego dnia noszą na rękach, a nastepnego...

                                                                        Aż strach pomyśleć           

 

          Gdy Wałęsa dowiedział się o próbie odebraniu mu tytułu, obsobaczył publicznie Borusewicza, dostało się też jego towarzyszce walki - Henryce Krzywonos, bo przecież temu prostemu człowiekowi, jako tako obytemu z postaciami z mitologii chrześcijańskiej, do głowy by nie przyszło, że przemawia przez nią wredna piekielnica Eryda,  Toż nigdy o niej nie słyszał.  Tak więc się zaczęło i długo nie da się wypatrzyć końca tego sporu. Mógł Wałęsa zgodzić się na pozbawienie go zasług płynących z pełnienia roli tajnego współpracownika SB PRL, mógł wybaczyć Kwaśniewskiemu pozbawienie go możliwości zasiadania przez II kadencję na prezydenckim stołku, lecz  odrzeć się z legendy którą obrósł jako wódz „Solidarności” oraz bojownik o obalenie komuny, by poprawić los gnębionych przez nią polskich biznesmenów, na pewno nie pozwoli.

 

       Niech więc te dwie wybitne postacie „Solidarności” – Lech Wałęsa i Bogdan Borusewicz, dawnym zwyczajem robotniczych przywódców, zdadzą się na głos ludu i poddadzą się jego wyrokowi. Ze starej Stoczni Gdańskiej pozostało jeszcze trochę różnych budynków, hal i pomieszczeń, niechże więc jedno z nich – np. przedstawione na załączonej fotografii, zlecą jakiejś firmie uporządkować, niech zwołają w nim wiec członków resztek gdańskiej„Solidarność”, niech wredna Eris głosem Henryki Krzywonos przedstawi pogląd na  przywództwo strajku w sierpniu `80, a zgromadzony lud rozstrzygnie w głosowaniu jawnym lub tajnym, kto nim rzeczywiście dowodził w tamtym pamiętnym roku.

 

           Przestrzec tylko pragnę, przed ewentualnymi komplikacjami. Spór wśród zgromadzonych na temat roli byłych przywódców może bardzo rozniecić namiętności i uczucia do legend toczonych walk, toteż proponuje każdemu z nich wynająć po sporym oddziale fachowych ochroniarzy, a nawet komandosów, bo niekiedy demonstrowane przez lud wyrazy miłości, mogą okazać się niebezpieczne dla życia miłowanych. I niech cała Polska się dowie, kto rzeczywiście dowodził strajkiem stoczniowców w sierpniu 1980 roku, a z byłej Miss „Solidarności” przepędzona zostanie grecka specjalistka od głupawych sporów i konfliktów różniących Polaków – naród, który ponad wszystko umiłował zgodę.

 

      

                            O kolebkę "Solidarności" władza rządząca z jej nadania mało się troszczy.

                                                               Murzyn zrobił swoje i może iść do diabła.   

           W ogóle problemem warto zainteresować na przykład kościelnych hierarchów i zatrudnianych przez nich egzorcystów, bo różnie ludzie mówią, na przykład, o wypowiedziach i zachowaniu Jarosława Kaczyńskiego albo Antoniego Macierewicza. Może jak w Krzywonosowej, też jakieś diabelstwo w nich się zagnieździło, bo faceci wyglądają normalnie, ale jak co powiedzą…



komentarze (16) | dodaj komentarz

CO NAM NIESIE WIELKI BRAT

poniedziałek, 13 maja 2013 2:24

 

 

 

                                   Motto:

                                               Jeśli chcę, mogę spać - jeśli chcę mogę wstać,
                                               Siąść przy oknie z gazetą z zeszłego tygodnia,
                                               Albo iść w senność dnia - wtedy inny, nie ja,
                                               Siedząc w oknie, zobaczy dalekiego przechodnia

`                                                                                     (Julian Tuwim, ZADYMKA)

           

         Tyle, co najwyżej, mogę teraz chcieć. Wstałem więc, siadłem przy oknie z DZIENNIKIEM - GAZETĄ PRAWNĄ z minionego tygodnia i przeczytałem tekst rozmowy z  prof. Bogusław Śliwerskim, przewodniczącym Komitetu Nauk Pedagogicznych Polskiej Akademii Nauk i członkiem Centralnej Komisji ds. Stopni i Tytułów, profesorem Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej oraz Akademii Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej. Główna teza tego wywiadu-wykładu utytułowanego naukowca brzmi: Zmierzamy ku katastrofie. W PRL była sowietyzacja, dziś jest amerykanizacja w szczególnie uległy sposób.

            Pan Profesor ujrzał świat 4 sierpnia 1954 r., a więc rok, 5 miesięcy i jeden dzień (plus minus jedna godzina różnicy ze względu na strefę czasową) po tym, jak przestał go oglądać Józef Stalin, toteż przejawy  tzw. sowietyzacji zna z opowieści lub z bardziej albo mniej naukowych źródeł. Wprawdzie, jak twierdził Flaubert, nie trzeba być jajkiem na patelni, by móc opisać jajecznicę, sądzę jednak, że możność obserwowania zjawiska naocznie, choćby w mało dojrzałym wieku, wzbogaca instrumentarium jego poznania. 3 marca 1953 r. mijało mi właśnie 15 lat, jeden miesiąc i 23 dni życia.

            Nie mam poważniejszych zastrzeżeń do głównej tezy rozważań prof. Śliwerskiego, lecz warto poczynić nieco uwag w przedmiocie  społecznej percepcji zawartych w niej nastawień do naszych zagranicznych przyjaciół.

          Po wyzwoleniu dawały o swym istnieniu znać kręgi społeczne, które, kontynuując polską skołtuniałą tradycję, były wręcz wrogo nastawione do Związku Radzieckiego. Wyzwolenie kraju nazywano w nich „kolejną okupacją” i liczono na zbawienne skutki III wojny światowej. Tzw. prawdziwych Polaków w narodzie nigdy nie brakowało, o czym świadczy chociażby rozpowszechniony kult Powstania Warszawskiego – przedsięwzięcia, którego zbrodniczość dostrzegał nawet gen. Władysław Anders, oczywiście na tle i w kontekście obowiązujących w jego otoczeniu antykomunizmu i rusofobii.1)

            Skłonność do wręcz wulgarnego uproszczania tego, co charakteryzowało stosunki polsko radzieckie po wojnie oraz  antykomunizm i rusofobia dzisiaj oceniających tę materię, każą różnym specjalistom o bardzo zróżnicowanym poziomie wiedzy, opisywać ją także z pomocą nader pejoratywnego pojęcia sowietyzacji. Przypomnę więc, że można nim posługiwać dla oddania jednej z cech okresu stalinizmu w Polsce (1949 – 1955), bo później ulegało zjawisko rozmaitym fluktuacjom. Muszę też wspomnieć o własnych doświadczeniach w tym zakresie.

            W 1955 r. zdałem maturę i także w uznaniu mych zasług jako przewodniczącego Zarządu Szkolnego Związku Młodzieży Polskiej, zostałem wytypowany na studia w Związku Radzieckim (dzisiaj sowieckim). Będąc synem I sekretarza Komitetu Dzielnicowego PPR na warszawskiej Woli, powinienem być zsowietyzowany do imentu. Los sprawił jednak, że doświadczałem właśnie cierpień i rozkoszy  pierwszej młodzieńczej miłości, co kazało mi jego zagraniczną ofertę odrzucić, egzaminy wstępne kompromitująco oblać, by osłabiwszy w ten sposób skutki mego zsowietyzowania, pozostać w kraju i kontynuować miłość jako student Uniwersytetu Warszawskiego.

            Na nauki w Leningradzie (filologia rosyjska) dostała się jednak koleżanka z klasy - Lena K. Po ukończeniu pierwszego roku, gdyśmy spotkali się w grupce starych znajomych, okazało się, że Lenka wyraźnie „zaciąga z ruska”. Bardzo negatywnie oceniliśmy tę jej słabość, jako uległość i dość podłą gotowość dostosowania się do warunków, w których się znalazła. Bo to, co czyniła oficjalna propaganda na pewno miało wpływ na nasze poglądy, lecz w komunistycznej do cna (bo nawet bez religii) szkole TPD-owskiej, kształcący nas, często przedwojenni nauczyciele, potrafili zakorzenić w młodych umysłach poczucie polskości, które przejawiało się także odpornością na zbyt daleko idącą skłonność do ulegania cudzym wzorcom językowym. Miał w tym także swój udział dom rodzinny, który, jak się wydaje, skuteczniej, niż dzisiaj, zajmował się wychowaniem młodego pokolenia. A gdy rozpoczynałem II rok studiów, wybuchł właśnie polski październik i zwłaszcza w kręgach przekornie nastawionej do rzeczywistości studenterii, zbierał obfite plony.

 

Polski muzyk - Michał URBANIAK - nowocześnie promujący przyjażń polsko-amerykańską

         

          Dzisiejsza amerykanizacja młodego pokolenia odbywa się z pomocą podobnych instrumentów, które stosowano w procesie nazywanym sowietyzacją. Silniej i bardziej wszechstronnie oddziaływuje jednak oficjalna propaganda, czyniąc to bez porównania efektywniej i, chciałoby się powiedzieć - totalitarniej, niż w tamtych dość przaśnych czasach. Nasza uległość wobec dzisiejszego Wielkiego Brata przybiera nierzadko formy przypisywane psom w obcowaniu z panem, jak choćby naruszające poczucie zwykłej ludzkiej godności pętanie się o przysłanie do Polski amerykańskiego wojska i wysyłanie naszego, dla militarnego wsparcia armii spod gwiaździstego sztandaru.

            Wspominałem już, że jest według mnie rzeczywista suwerenność państwa także wynikiem rozumienia oraz respektowania jej istoty przez ogół obywateli. W znakomitym (jak zwykle) artykule poświęconym również temu problemowi, celnie egzemplifikuje go jeden z mych ulubionych publicystów – prof. Ludwik Stomma, przebywający na stałe we Francji, lecz pozostający w znakomitym kontakcie z krajem rodzinnym i jego rzeczywistością: Bardzo poważne włoskie i francuskie (do tych miałem do­stęp) badania językoznawcze wykazują, że w dobie, w której poezja staje się sztuką coraz bardziej elitarną, czytelnictwo, literatury pięknej przede wszystkim, jest w odwrocie – wzbogacającą język funkcję frazotwórczą przejmuje w znacznej mierze piosenka.2) Proszę więc obejrzeć popularny telewizyjny program przewrotnie zatytułowany THE VOICE OF POLAND, X FACTOR albo MUST BE THE MUSIC. Proszę posłuchać polskiego radiowego programu I  (czasem go słucham), że litościwie nie wspomnę o tzw. rozgłośniach komercyjnych, gdzie już nie królem, lecz nieograniczonym we władaniu cesarzem jest zamerykanizowana piosenka anglojęzyczna.

 

   

                Polscy żołnierze w Afganistanie. Warunki, w jakich pełnią swą pokojową misję,

                                 są tak specyficzne,  że nawet osiołek może być agentem talibów.

           

         Raz jeszcze przytoczę obszerniejszy, lecz nie dający się skrócić bez zatarcia istoty rzeczy, fragment tekstu prof. Stommy: W polskiej audycji „X Factor" (co to po polsku znaczy?) kandydat czy kandydatka oświadcza, że chce zaśpiewać wła­sną piosenkę adresowaną do (znów nie pamiętam) zeszłej (zeszłego) mamusi albo tatusia. Łezką cmentarną, miłością dziecięcą komórką rodzinną powiało. Nawet Kubie Wojewódzkiemu łza kręci się w oku. Płyną rzewne dźwięki. Kandydat (kandydatka?) przechodzi jednogłośnym werdyktem jury do następnego etapu. A ja bym na kopach wyrzucił ze sceny. Dlaczego? Bo te rodzinne rzewności odśpiewane były po angielsku. Mieszkam we Francji  32 lata, już większość życia, i nie wiem chwilami, kiedy myślę, śnię po polsku, a kiedy po francusku. Ale gdy w myślach rozmawiam z cieniami rodziców, to przecież, chociaż oboje dobrze znali francuski, zwracam się do nich po polsku. Bo to był język naszej tkliwości, naszych gier słownych, naszych rozstań i powrotów. I nie inaczej było z X Factorową kandydatką (kandydatem). Ale ona (on) przetłumaczyła to sobie na angielski, żeby było, jak telewizor lubi. Cóż za prostytucja!

        Jest więc, jak zauważa prof. Śliwerski, zalewająca nas amerykanizacja rzeczywiście  nieporównywalna w skutkach z niegdysiejszą sowietyzacją. Ma to nawet swój wyraz w bardziej potocznych zdarzeniach. Jako człowiek wywodzący się z plebsu, miałem niegdyś sporo miłych kontaktów z prostymi ludźmi płci odmiennej i niejednokrotnie doświadczałem, że Polki szczytujące w doznawaniu rozkoszy, wznosiły okrzyki raczej zgodne z narodową tradycją.  „O Jezu” ! – krzyczały albo „ o Matko Boska”! A te bardziej zeświecczone wyrażały głębię przeżycia wydając z siebie okrzyki nieartykułowane, których nie da się przytoczyć. Dzisiaj, jak czytuję w internetowych wyznaniach wielu młodzieńców, dziewczyny, zwłaszcza te ze sfer inteligenckich, w chwilach utraty kontroli nad emocjami pokrzykują „wow” (w transkrypcji fonetycznej „łał”). Tak zapewne, jak czynią to ich koleżanki Amerykanki.

            I to także jest wyrazem znacznie większej podatności Polek i Polaków na amerykanizację w porównaniu z niegdysiejszą uległością wobec działań sowietyzujących, co naszym paniom zapewne ułatwia odnalezienie się w nieporównanie nowocześniejszej cywilizacji Zachodu.   

________

1)   Byłem zawsze, a także wszyscy moi koledzy w Korpusie zdania, że w chwili, kiedy Niemcy wyraźnie się walą, kiedy bolszewicy tak samo wrogo weszli do Polski i niszczą tak jak w roku 1939 naszych najlepszych ludzi – powstanie w ogóle nie tylko nie miało żadnego sensu, ale było nawet zbrodnią.(...) – wypowiedź gen. Andersa. - Źródło: Norman Davies Powstanie '44, Kraków 2004.

2)   Ludwik Stomma, Zgęsiali Polacy, cz.I; PRZEGLĄD, nr 16, 15-21 04 2013.

3)   Ludwik Stomma, Zgęsiali Polacy, cz.II; PRZEGLĄD, nr 19, 6-12 05 2013

 

 

 

 



komentarze (11) | dodaj komentarz

JAN KOCHANOWSKI A KATASTROFA SMOLEŃSKA

poniedziałek, 06 maja 2013 14:43

                          

                                               Motto:                                                

                                                      Cieszy mię ten rym: Polak mądr po szkodzie:
                                                      lecz jeśli prawda i z tego nas zbodzie,
                                                      nową przypowieść Polak sobie kupi,
                                                      że i przed szkodą, i po szkodzie głupi.

                                 (Jan Kochanowski: fragment Pieśni o spustoszeniu Podola)

           

               

                Zaczął się trzeci miesiąc mojego uwiązania do tapczanu, pokoju i dwóch dodatkowych nóg, którymi są kule. Zaczął się trzeci miesiąc nieustepującego bólu, który pod działaniem przeciwbólowych leków zanika na kilka godzin i natrętnie powraca nieproszony. Czy cierpię ? Już nie wiem. Częściej, dużo częściej niż kiedyś, pojawiają się natomiast odruchy wściekłości. Nie będę ich opisywał, bo jak wiem, czytują mnie także panie. Gdy wściekłość rozładuje się jednak gdzieś pod sufitem aktem strzelistym wyrażonym słowami nie nadającymi się do druku, powraca lepszy nastrój i wtedy sięgam na półkę nad tapczanem, zasłaną czasopismami. Dzisiaj wypadło na tygodnik WPROST, który ukazał się 8 kwietnia, a więc tuż przed 3 rocznicą smoleńskiej katastrofy. Rzadko, bardzo rzadko mam jeszcze ochotę  czytać o tym wydarzeniu, lecz WPROST  mam za tygodnik, w którym nawet w tak oklepanej sprawie można znaleźć coś sensownego. Okazuje się, że nie zawsze.

           

                  +                  +                   +

             

              W numerze, który wpadł mi w ręce jest aż pięć smoleńskich materiałów: trzy wspomnienia najbliższych ofiar katastrofy, których nie czytuję, bo łzawa literatura wspominkowa mi nie odpowiada, wywiad Tomasza Sekielskiego z płk. rez. dr. Edmundem Klichem, który przeczytałem zaraz po ukazaniu się numeru i na koniec artykuł korespondenta tygodnika w Moskwie Wiktora Batera pt. ”Caryca katastrof”. Jego bohaterką jest Tatiana Anodina  - przewodnicząca rosyjskiego Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego MAK. Tego materiału wcześniej nie czytałem, bo w rocznicę katastrofy, dzięki ustaleniom Antoniego Macierewicza, czerpanym z bezmiernej jego wyobraźni, o mało nie dostałem gwałtownych torsji szczątkami ofiar tego tragicznego zdarzenia. Ponieważ mój przewód pokarmowy wrócił już do normy, mogłem poczytać o Anodinie – kobiecie w moim wieku, lecz sądząc z fotografii, mogącej zawrócić w głowie mojemu synowi. Nie wspominam  już o sobie i mnie podobnych, bo takie staruchy mają szczególną słabość zachwycania się damską urodą nawet wielokrotnie korygowaną przez chirurgów plastycznych.

            Wiktor Bater z grubsza relacjonując przebieg dochodzenia w sprawie smoleńskiej katastrofy, zapewne dla zaspokojenia nabożnie wierzących w zamach, stara się wyeksponować zaniechania, niedoróbki i wszelkie inne winy strony rosyjskiej. I gdyby na tym poprzestał – pół biedy, choć wypadałoby poinformować czytelników o postanowieniach Konwencji o Międzynarodowym Lotnictwie Cywilnym podpisanej w Chicago 7 grudnia 1944 r. i ratyfikowanej przez Polskę w listopadzie 1958 r., a głównie o jej art. 26 określającym  zasady dochodzenia w sprawie wypadków. A oto treść tego przepisu: W razie wypadku, którego doznał statek powietrzny jednego Umawiającego się Państwa na terytorium innego Umawiającego się Państwa i który pociągnął za sobą śmierć lub poważne obrażenia albo wskazuje na istnienie poważnych usterek technicznych na statku powietrznym lub w udogodnieniach dla żeglugi powietrznej, Państwo, na którego terytorium wypadek nastąpił, wdroży dochodzenie co do okoliczności wypadku, stosując się, jak dalece jego własne ustawy na to pozwalają, do zasad postępowania zaleconych przez Organizację Międzynarodowego Lotnictwa Cywilnego. Państwu, w którym statek powietrzny jest zarejestrowany, powinno się umożliwić wyznaczenie obserwatorów, którzy byliby obecni przy dochodzeniu; Państwo prowadzące dochodzenie poda do wiadomości temu drugiemu Państwu sprawozdanie i wnioski w danej sprawie.

 

                        

                                                      Tatiana ANODINA

 

            W bardzo interesującym eseju „Pokręceni”1) Jacek Żakowski , przytacza metaforę Zygmunta Baumana, który przyrównał  kulturę współczesnej „płynnej nowoczesności" do supermarketu.(…) W supermarkecie idei wszystko jest na sztuki, na części i na chwilę. I dalej: (…) kulturowa oraz technologiczna rewolucja lat 60. sprawiła, że świat wyrwał się spod kontroli elit. Konstatując powstanie wolnego rynku idei, tak go charakteryzuje: Wolny rynek  nie tworzy (jak św.Tomasz czy Marks) spójnych, kompletnych konstruktów. Nie jest zainteresowany, by idee pasowały do rzeczywistości ani by były spójne. Rynek chce tylko, by znalazły nabywców. I wracając do metafory supermarketu pisze: Każdy może sobie do koszyka  wrzucić takiego guru, jaki mu się akurat podoba .Guru nie musi mieć racji. Musi tylko mieć branie. O jego pozycji decyduje nie trafność poglądów, lecz  popyt rojowiska.2) Za takiego guru wielomilionowej rzeszy bogoojczyźnianych i naznaczonych rusofobią patriotów robi Antoni Macierewicz, lansując w tych kręgach ogłupiającą teorię zamachu. Za  guru dla ludzi trzeźwiej myślących chce uchodzić Wiktor Bater.

            Pisząc we wspomnianym wyżej artykule we WPROST o niedoróbkach postępowania prowadzonego przez MAK, wiąże je ze spostrzeżeniami na temat prywatnego życia szefowej tej instytucji Tatiany Anodiny. Wymienię je pokrótce:

- po skończeniu w 1961 r. studiów wyszła za mąż za radzieckiego ministra (?) Piotra Pleszakowa, z którym ma syna Aleksandra;

-syn Anodiny i Pleszakowa okazał się niezłym skurczybykiem i zdefraudował w pierwszych latach XXI wieku ok.300 mln. dolarów (oczywiście dzięki interwencji wpływowej matki, chłopu włos z głowy nie spadł);

- praca, którą wykonuje Anodina jest tak stresująca, że kobieta musiała się poddawać bez ograniczeń operacjom plastycznym, przez co, jak świadczy fotografia, wciąż jest atrakcyjną damą;

- jej partnerem ( w domyśle także łóżkowym) był Jewgienij Primakow – b. szef wywiadu zagranicznego Rosji, b. minister spraw zagranicznych i wreszcie premier Federacji Rosyjskiej.

            Uff, taka to może dużo, a nawet więcej. Także zachachmęcić śledztwo w sprawie katastrofy (zamachu ?), w wyniku której zginął kwiat polskiej polityki z najwybitniejszym prezydentem III RP ( a kto wie czy nie wszech czasów) na czele.

            Mieszając poważną tematykę śledztwa w sprawie katastrofy z godnymi magla plotami na temat szefowej prowadzącej to postępowanie rosyjskiej państwowej instytucji, Wiktor Bater sprawia wrażenie, że nie chce mieć racji i trafnych poglądów. On chce tylko mieć branie i zostać guru cieszącym się popytem rojowiska. Nie wspominam już o normach obowiązujących niegdyś dżentelmena, bo dzisiaj, zwłaszcza w kręgach dziennikarzy (a ściślej pismaków) ten gatunek zdaje się zanikać.

            Ludzie mają skłonność do stosowania odpowiedzialności zbiorowej. Postępująca tak władza najwyższa III RP, zabrała mi bezprawnie 2/3 emerytury. Gdy przeciętny Kowalski usłyszy, że pracowałem w Służbie Bezpieczeństwa, będzie mnie miał za mordercę,  posłuży się argumentem wyrażającym ten typ odpowiedzialności i powie: bo wy w tym UB mordowaliście ludzi, a SB zabiła ks.Popiełuszkę. Dla przeciętnego Kowalskiego nie jest argumentem, że nie mam z tym wszystkim nic wspólnego.

            Czy skłonność do stosowania odpowiedzialności zbiorowej jest wyłącznie polską cechą ? Bynajmniej. Amerykanie, Hiszpanie, Francuzi czy Grecy nie raz, w związku z jakimś zdarzeniem wypowiadali formułę: Bo wy Polacy… Miałbym więc uprzejmą prośbę do pana posła Macierewicza, a okazuje się, że trzeba ją także skierować do red. Wiktora Batera: nie wygłupiajcie się panowie, bo nie chciałbym usłyszeć od znajomego cudzoziemca: bo wy Polacy jesteście idiotami

__________________.

1)        POLITYKA nr 14, 3 04 – 9 04 2013

2)        Cytowany przez J.Żakowskiego Zygmunt Bauman dawną, sprzed lat 60. strukturę społeczeństw przyrównuje do zorganizowanych kolumn marszowych. Na miejsce kolumn marszowych nadciągają rojowiska – pisze Bauman, a Żakowski uzupełnia: Już nawet nie roje, ale rojowiska, mentalnie nieustrukturyzowane, chaotyczne, pozbawione królowych i przypisanych ról.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 



komentarze (21) | dodaj komentarz

SPEŁNIAM WOLĘ POETY

czwartek, 02 maja 2013 13:54

                                             

                                                           Motto:

                                                                    I ty fortuny skurwysynu,
                                                                    Gówniarzu uperfumowany,
                                                                    Co splendor oraz spleen Londynu
                                                                    Nosisz na gębie zakazanej,
                                                                    I ty, co mieszkasz dziś w pałacu,
                                                                    A srać chodziłeś pod chałupę,
                                                                    Ty, wypasiony na Ikacu*),
                                                                    Całujcie mnie wszyscy w dupę.

       (strofa wiersza Juliana Tuwima pod tytułem zawartym w ostatnim jej wersie)

            1 maja stał się Świętem Pracy w wyniku uchwały podjętej na Kongresie Założycielskim II Międzynarodówki Partii i Organizacji Socjalistycznych, obradującym w Paryżu w 1890 roku. Uczczono w ten sposób tragiczne skutki nieudolnej, prawdopodobnie policyjnej prowokacji dokonanej podczas robotniczej manifestacji w Chicago w roku 1886, w wyniku której zginęła nieznana dotąd liczba demonstrantów, a także policjantów. Wiele miesięcy po tym tragicznym wydarzeniu amerykański sąd skazał na śmierć 8 osób, wśród których byli trzej organizatorzy manifestacji, lecz także osoby w niej nieuczestniczące (jeden ze skazanych popełnił w swej celi samobójstwo). Wyroki wykonano.

         Początkowo 1 Maja był świętem robotniczym i dniem walki robotników o prawo do pracy i godnego życia, stopniowo jednak przekształcał się w święto wszystkich pracujących.

         I to tyle historii.

                     

                      *          *          *

           

         Tuż przed Świętem Ludzi Pracy dowiaduję się z ONETU, że po wzroście bezrobocia, zwolnieniach lub planach redukcji etatów, przyszła kolej na złe wiadomości dotyczące wynagrodzenia. Rośnie bowiem liczba pracowników, których przeciętne zarobki wynoszą 1500 zł. Miesięczne dochody najniżej opłacanych są niższe nawet od minimalnej pensji, która obecnie wynosi 1600 zł brutto. W tym roku liczba pracowników, którzy pracowali za podobną stawkę lub mniejszą to 25 tys. osób, o 2,3 tys. więcej niż w roku ubiegłym.(...) Za granicą trudno znaleźć zawód, w którym firma oferuje równowartość 1500 złotych brutto miesięcznie. W Holandii tyle zarabia 15-latek, podejmujący się pracy dorywczej. Dokładnie 435 euro (brutto) - to płaca minimalna dla 15-latka, określona przez holenderskie prawo. W Polsce na takie wynagrodzenie może natomiast liczyć 24-latek, często z wyższym wykształceniem, podejmujący swoją pierwszą poważną pracę. Dysproporcje są ogromne. Tym większe, że w Holandii ten sam 24-latek może już liczyć na wynagrodzenie brutto rzędu 1446,60 euro, czyli ponad 6000 zł. 

             Sądzę, że liczby pracujących za nędzne grosze są bardzo zaniżone, bo oficjalna statystyka jest instrumentem mającym pomagać rządzącym, a nie pokazywać ich w marnym świetle.

 

            I na koniec cytowania, także z ONETU wiadomość, która położyła mnie na łopatki: Opozycjoniści z czasów PRL piszą ustawę, która zapewniłaby im formalny status i wsparcie od państwa - czytamy w "Rzeczpospolitej". Co najmniej dwie propozycje trafiły już na biurka polityków. (…) Działacze dawnej "S" wysłali w zeszłym tygodniu list do marszałka Senatu Bogdana Borusewicza. Piszą w nim o przygotowywanym przez siebie projekcie ustawy o "statusie weterana opozycji wobec dyktatury komunistycznej PRL w latach 1971-1989 oraz korpusie weterana opozycji antykomunistycznej". Szczegóły ustawy nie są jeszcze gotowe, ale dyskutuje się o dostępie do służby zdrowia, wsparciu w staraniach o przydział mieszkania komunalnego, a także o rentach specjalnych.

 

                      Ja swoje już zrobiłem i cieszę się z emerytury. A ty ?

(Reprodukcja z Blipa Lecha Wałęsy)

           

         Jakże to więc solidaruchy, walczyliście o nową, lepszą od PRL Polskę, w której miało być ludziom tylko dobrze i bardzo dobrze, a nawet wam jest źle ? Po wojnie kraj był w wyniku jej działań  zniszczony tak, jak żaden inny w Europie i władza, która wtedy nastała, wzięła na siebie trud kierowania odbudową ze zniszczeń i rozbudową. Powstał przemysł, dzięki czemu zniknęła jedna ze zmór międzywojennego XX lecia, którą było bezrobocie. Chłop dostał ziemię, która od wieków była przedmiotem jego marzeń i pożądania. Czy w ten sposób rozwiązano wszystkie problemy społeczne ? Oczywiście nie ! Lecz stworzono warunki do stopniowych przekształceń i ewolucji. Bo tamten system, bez względu na przejawy jego opresyjności, na przekształcenia pozwalał. Niech starsi ludzie przypomną sobie sytuację pierwszej połowy lat 50. i lata po październiku 1956 r. A także lata późniejsze, Co, że tempo tych przekształceń było za wolne ? Tak oczywiście, lecz były one możliwe, aż do przemiany gospodarki socjalistycznej w kapitalistyczną, co było jednym wielkim szwindlem dokonanym dzięki możności wykorzystania 10-cio milionowej „Solidarności” jako instrumentu tej podłej przemianie służącego. Bo nawet tego instrumentu nie raczono, na przykład w drodze referendum, o zgodę zapytać  Dzisiaj już nic solidaruchy nie przekształcicie. Rozwalony został cały polski przemysł, który był dumą Polaków. Sprzedano obcym bogaczom sporą część kraju i chodząc po mej rodzinnej Warszawie mam świadomość, że nierzadko wstępuję na obce, przez obcych wykupione terytoria. Spróbujcie im to odebrać !

           

            Raz jeszcze zatem pytam: coście  solidaruchy wywalczyli ? Demokrację i wolności, na korzystanie z których trzeba mieć nierzadko spore pieniądze ? Albo skutecznie was i innych ogłupiające, jak na przykład wiele telewizyjnych i radiowych stacji. W radio przynajmniej znalazłem przez jakiegoś rozsądnego człowieka stworzoną stację „RMF Classic”. Telewizora natomiast się wyzbyłem, bo nigdy nie był w takim stopniu  instrumentem ogłupiania ludzi, jakim stał się w tzw. wolnej, demokratycznej Polsce.

 

            Gdyby to wszystko było tylko dla was, to pół biedy, bo jak mówi ludowe porzekadło - widziały gały co brały. Lecz nędzę i marny los, którego dzisiaj doświadczacie, zgotowaliście także innym. Tym również, którzy od początku waszej rewolty wiedzieli do czego ona prowadzi i czyje interesy realizuje. I oni także mają składać się na pomoc dla was za to tylko, że jesteście kombatantami walk „Solidarności” ? Dzisiaj najbardziej materialnie poszkodowani mogą korzystać co najwyżej z pomocy społecznej udzielanej przez instytucje do tego powołane. Do tych instytucji zatem zgłoście się aktywiści przemiany, którą nie tylko sobie, lecz także milionom nie pragnących jej sprezentowaliście.

 

            Jaki to zaszczyt -  z bogatym przy bogato zastawionym stole 

(Reprodukcja z Blipa Lecha Wałęsy)

           

         Albo pójdźcie po pomoc do waszego dawnego przywódcy, który na kierowaniu 10-cio milionowym stadem posłusznych mu ludzi, zyskał dostatek i brak materialnych trosk aż do śmierci. Bądź do innych, mających rewoltę, w której ochoczo uczestniczyli, wyłącznie za źródło swych korzyści. Niech podzielą się z wami dostatkiem, który pomogliście im osiągnąć. Bo w imię czego na pomoc dla was składać się mają także ci, którzy waszą rewoltą zostali pokrzywdzeni ?

 

                           *                                 *    

                              *                                                                                                                  *

                         

 

            Dzięki dobrze dobranym lekom rzadko ostatnio miewam sny. Pewnej nocy zdarzył mi się jednak sen dla mnie bardzo miły: odwiedził mnie mój ulubiony poeta – Julian Tuwim.

 

                             

 

            - Czy znasz moją twórczość ? – zapytał nieco obcesowo

            - Oczywiście panie Julianie – odparłem do cna onieśmielony zaszczytem, który mnie spotkał.

            - A wiersz o frywolnym nieco tytule „Całujcie mnie wszyscy w dupę” ?

            - Oczywiście, panie Julianie – odpowiedziałem wciąż zahipnotyzowany obecnością gościa, którego twórczość od lat podziwiałem i podziwiam.

            - Przyniosłem ci więc zwrotkę, którą w drugim życiu musiałem dopisać.

            Mówiąc to wyjął z kieszeni marynarki niewielki arkusik papieru, na którym sporymi literami wypisana była jedna ledwie strofa wiersza.

            Nagle karteczka, którą pokazał mi umiłowany poeta zajaśniała silnym wyjątkowo blaskiem i senny obraz gwałtownie zniknął. Jedynym jego śladem była zwrotka dziewięciozgłoskowca, wciąż blaskiem jaśniejąca w mej pamięci:

                                  

                          Solidaruchy spod Wałęsy,

                          O wolność z komuną walczący,

                          Dziś wolni, lecz o chleba kęsy

                          U nowego pana żebrzący.

                          I wy też – watykańskie  klechy,

                          Kryjące Popiełuszki trupem

                          Od złota pęczniejące miechy,

                          Pocałujcie mnie wszyscy w dupę.

 

               Wykonuję zatem wolę ulubionego poety, który wyświadczył mi wielki zaszczyt odwiedzając mnie we śnie. Niewiele czasu dzieli mnie od momentu, gdy stanę się mieszkańcem świata, w którym pan Julian teraz przebywa, spełniam więc jego wolę, by nie narazić się na wymówki.

__________________

 1)Ikac - Ilustrowany Kuryer Codzienny – polskie wydawnictwo i koncern prasowy działające w latach 1910–1939 w Krakowie. Założycielem i właścicielem koncernu był Marian Dąbrowski. W okresie dwudziestolecia międzywojennego przedsiębiorstwo było największym polskim koncernem prasowym, a jednorazowy nakład wydawanych przez nie tytułów wynosił ponad 400 000 egzemplarzy. (cytat z Wikipedii)

 

 

 



komentarze (17) | dodaj komentarz

PATRIOTYZM CZY TYLKO POCZUCIE POLSKOŚCI

niedziela, 28 kwietnia 2013 15:45

 

 

          W 13 numerze POLITYKI ukazał się bardzo interesujący esej Roberta Krasowskiego na temat patriotyzmu.1) Wyróżnia on dwa rodzaje polskiej jego odmiany: romantyczny oraz pragmatyczny i tak charakteryzuje swój stosunek do nich: Szczerze powiedziawszy, nie lubię polskiego patriotyzmu. Nie lubię obu jego twarzy. Taniego sentymentalizmu, którym osłania się zwykle życiową niezdarność. I banalnego prag­matyzmu pozbawionego konkretnych ambicji. Nie mogę też przeboleć pijackiego slalomu, jakim porusza się polski rozum, tego odbijania się od ściany do ściany, od jednej przesady do drugiej. 

         Punktem wyjścia rozważań autora była oczywiście smoleńska katastrofa i  działania polskich romantyków od siedmiu boleści. Nie chodzi mi o streszczenie tego materiału, lecz o wątki skłaniające do rozważań na temat mojej formuły stosunku do kraju, w którym urodziłem się i wciąż przebywam jako jego obywatel.

        

         Wśród informacji o obchodach 70 rocznicy powstania w getcie warszawskim znalazłem i tę, o sporej liczbie Polaków zgłaszających się do Żydowskiego Instytutu Historycznego z prośbą o odnalezienie ich żydowskich korzeni. Są wśród nich zarówno tacy, którzy mieli świadomość swego żydowskiego pochodzenia, jak również mający w tej sprawie niejasne nadzieje, chcący zmienić nie tylko swe obywatelstwo, lecz także narodowość. Nie wiem co ich motywuje do takiego kroku, toteż nie oceniam prób jego dokonania. Znajduję w tym jednak jeden z przejawów kryzysu odczuwania polskości przez Polaków, co ze szczególną ostrością objawiło się po ustrojowej transformacji i zaznaniu jej konsekwencji.

         W ostatnim numerze wspomnianego wyżej tygodnika inny znakomity jego publicysta - Jacek Żakowski, komentuje wyniki badania przekonań i stosunku do podstawowych problemów sfery publicznej w dziesięciu krajach Unii Europejskiej, którego to sondażu  dokonano dla hiszpańskiej fundacji BBVA.2) Polacy w odróżnieniu od większości Europejczyków nie śledzą wydarzeń, a zwłaszcza nie wysilają się, żeby je zrozumieć(…). Gdyby Polacy interesowali się sprawami publicznymi, toby rozumieli, że system o jakim marzą, jest połączeniem dwóch znanych Europejczykom, które w ostatnim półwieczu z hukiem się zawaliły. Państwa opiekuńczego, dostarczającego wszystkim pełnego bezpieczeństwa, które nie wytrzymało tworzonych przez siebie kosztów, i państwa neoliberalnego, pozwalającego, by gospodarka rządziła się sama, które nie wytrzymało nierównowagi tworzonej przez rynki.

         Do 1989 roku (jest to oczywiście data symboliczna), Polska była krajem tzw. realnego socjalizmu. Nie ulega wątpliwości, że system ten miał wiele wad i wymagał znacznej korekty, która odbyć się winna jednak na drodze ewolucji. Lecz Wałęsa, posługując się jak chłop cepem instrumentem dziesięciomilionowej „Solidarności”, wspierany nadto przez katolicki Kościół owiany nimbem szczególnej łaski bożej, która Polakom zesłała papieża ich nacji, realizował wytyczne swych doradców, którym intelektualnie pięt nie sięgał. Czyje oni realizowali wytyczne ? Świat rozdarty był między dwa polityczne obozy, a prezydent USA Ronald Reagan z niespotykaną determinacją w realizacji zaplanowanego celu, którym była likwidacja obozu socjalistycznego, wykorzystywał Polskę i wszelkie istniejące w niej środki pomocne dla pokonania politycznego przeciwnika.

         Tak ówczesną sytuację charakteryzuje amerykański historyk Peter Schweitzer w książce Victory czyli zwycięstwo, tajna historia świata lat osiemdziesiątych. CIA i „Solidarność” 3): Niemal 200 największych amerykańskich przedsiębiorstw nie tylko dzieliło się z Agencją informacjami, ale ponadto służyło za parawan dla agentów CIA. Było to jednym z podstawowych celów Caseya. Ci agenci okazali się niezastąpieni w pewnych operacjach zagranicznych. Niektórzy z agentów pracowali w Polsce jako biznesmeni, żeby uniknąć zdemaskowania przez ambasadę. Co miesiąc Casey otrzymywał podsumowanie osiągnięć Oddziału Zbiorów Narodowych.(str.196)

 

Współpraca z ruchem podziemnym za żelazną kurtyną była ryzykowna. Niełatwo było znaleźć  kanały przesyłania pomocy. Bill Casey wysłał memorandum do Claira George`a, nowego szefa Wydziału Operacyjnego. Chciał żeby zidentyfikowano ruchy opozycyjne i ustalono w jaki sposób można im pomóc.(str.260)

 

Jeśli jednak można było brać za przykład Polskę, to pomoc zewnętrzna  miała niesłychaną wagę. „Solidarność” otrzymywała około 500 000 dolarów rocznie z prywatnych dotacji zagranicznych, oprócz funduszy Agencji. Tylko od AFL-CIO pochodziło 300 000 dolarów. (str.261)

         Okazuje się zatem, że nie tylko po ustrojowym przełomie Polacy nie śledzą wydarzeń, a zwłaszcza nie wysilają się, żeby je zrozumieć. Jest to cecha, która od bardzo dawna dawała o sobie znać, a gdy dodać do tego kult Ameryki, to służalcza uległość, którą się ów kult przejawiał, tym bardziej wykluczała choćby próby realistycznego oglądu i osądu rzeczywistego usytuowania kraju w toczącej się globalnej batalii w latach 80.ubiegłego stulecia.

         Wróćmy jednak do tematu polskiego patriotyzmu. Taką charakterystykę tej postawy znajduję w Wikipedii: (…) postawa szacunku, umiłowania i oddania własnej ojczyźnie oraz chęć ponoszenia za nią ofiar; pełna gotowość do jej obrony, w każdej chwili. Charakteryzuje się też przedkładaniem celów ważnych dla ojczyzny nad osobiste, a także gotowością do pracy dla jej dobra i w razie potrzeby poświęcenia dla niej własnego zdrowia lub życia. Patriotyzm to również umiłowanie i pielęgnowanie narodowej tradycji, kultury czy języka. Patriotyzm oparty jest na poczuciu więzi społecznej, wspólnoty kulturowej oraz solidarności z własnym narodem i społecznością.

         Nie lubię emfatycznych zwrotów, których jest pełno w pierwszej części tej charakterystyki. Mój kraj to terytorium, język, kultura, lecz także ustrój, niesione z nim sprzeczności i rozwarstwienie społeczne. W 1772 roku, który jest datą pierwszego rozbioru Polski, zaczęła ona tracić niepodległość aż do zupełnego zniewolenia. To zapewne sprawiło, że zaczęto myśleć i mówić o niej w kategoriach religijnych Chrystusa narodów i podobnych bzdur, nadużywając pojęć miłości, wierności, gotowości oddania za nią życia itp. Po krótkim dwudziestoleciu niepodległości, nastał rok 1939 i czarna noc hitlerowskiej okupacji. A później, po odzyskaniu wolności, nadszedł czas tworzenia Polski ludowej, realizującej ideały polskich socjalistów i komunistów, lecz zarazem politycznego uzależnienia od ZSRR.

         Byłem na II roku studiów, gdy nastał polski październik, który uzmysłowił mi, że podjęliśmy trud stopniowego uwalniania się od tego uzależnienia. Wyraziłem już wcześniej pogląd, że bardziej cenię sobie stopniowe, dokonywane własnym wysiłkiem odzyskiwanie samodzielności, aniżeli nagłe uzyskanie jej w prezencie od innego mocarstwa, które podejmowało trud podporządkowanie sobie świata. Na jednym ze sztandarów rewolty dokonywanej przez „Solidarność” wielkimi literami wypisane było hasło uwolnienia się od uzależnienia od Związku Radzieckiego. W żadnym jednak miejscu na jego tkaninie, nie było informacji o przejęciu nad nami kurateli przez Stany Zjednoczone. A Polacy od lat miłowali ten kraj ponad wszystkie inne i wielu z nich okazywało wobec niego wręcz psią uległość.

         Mam taką własną tezę na temat niepodległości i suwerenności: są one tym pełniejsze, im więcej jednostek okazuje je w swym stosunku do innych krajów. Wystarczy dzisiaj popatrzeć w telewizor, posłuchać radiowych stacji albo rozmów młodych (nie tylko zresztą) ludzi, bełkocących między zdaniami w języku polskim po angielsku, by nabrać przekonania, że wyznawana przez nas formuła suwerenności i niepodległości da się wyrazić obrazem człowieka gniewną twarzą zwróconego na wschód i gołym tyłkiem wypiętym do wszelkiego używania na zachód.

         Odrzucam więc polski patriotyzm czerpiący wzorce w religii. Nie jestem ateistą, lecz skrajnym agnostykiem i religia, polski papież, a teraz papież Franciszek w najmniejszym stopniu mnie nie interesują. Szanując cudze odmienne poglądy, proszę jednak o uznawanie moich.

         Nie mam zatem najmniejszego zamiaru oddania życia za Polskę, służącą dzisiaj odrestaurowanej klasie kapitalistów i prywatnych właścicieli, których fortuny biorą się często z brutalnego rozgrabienia tego, co całe społeczeństwo tworzyło w czasach PRL. Nie mogę nabrać miłości do Polski Jana Kulczyka, Zygmunta Solorza czy rodowitego Polaka Germana Efromovicha, który bodajże w 2012 r. uzyskał polskie obywatelstwo uznawszy, że mu się to opłaci. Dzisiejsza Polska to ich kraj i głównie im władza III RP służy.

         Nie wyzbędę się natomiast poczucia polskości, które zobowiązuje mnie do doskonalenia znajomości języka, historii kraju, w którym urodziłem się i dożywam ostatnich lat oraz wielkiej sympatii dla polskiego krajobrazu. I tu wyczerpuje się moje umiłowanie polskości, w czym jest także wielka zasługa tak podłych instytucji, jak IPN, który czyni wszystko, by w najczarniejszych barwach przedstawić PRL – a więc Polskę w której wzrastałem, dojrzewałem, przeżyłem najlepsze swe lata i z którą wciąż się identyfikuję. Jeśli dla propagandystów III RP jest ona tylko czarną dziurą, to za nic mam ich III RP, a tym bardziej IV której perspektywa zdaje się nabierać coraz realniejszych kształtów.

____________  

1) Robert Krasowski, „Splot smoleński”, POLITYKA nr 13, 27 03 – 2 04 2013

2) Jacek Żakowski, „Czym się różnimy od innych narodów”, POLITYKA nr 17/18, 24 04 -7 05 2013.

3) Peter Schweitzer, op.cit., Polska Oficyna Wydawnicza „BGW”, Warszawa 1994.



komentarze (8) | dodaj komentarz

ODPIEPRZCIE SIĘ WRESZCIE OD PRL !!!

sobota, 20 kwietnia 2013 19:38

 

            Po wojnie we wszystkich chyba polskich szkołach, od podstawowych poczynając, na średnich kończąc, była religia. W mojej podstawówce nr. 139 przy ul. Młynarskiej w Warszawie, w dobie najcięższego stalinizmu rok szkolny zaczynał się mszą świętą w pobliskim kościele, w której uczestniczyło grono nauczycielskie i uczniowie, a jednym z wykładanych przedmiotów (to prawda – nieobowiązkowym) była religia. Jako przeciwwaga dla tego typu szkolnictwa powstały szkoły TPD-owskie, w których ksiądz lub katechetka roboty znaleźć nie mogli.            

              Mój nauczyciel i wychowawca z Liceum Ogólnokształcącego TPD IV przy ul. Bema 76 w Warszawie,  przed wojną pracował w attachacie kulturalnym II RP w Paryżu. Uczył mnie języka polskiego i jeśli idzie o postępy w tym przedmiocie, był bardzo wymagający. Jedna z jego tez brzmiała: mnie nie przeszkadzają czyjeś poglądy polityczne, ideologiczne czy religijne dopóty, dopóki wyrażane są piękną i bezbłędną polszczyzną.

            W ostatniej klasie liceum, wybrany zostałem przewodniczącym Zarządu Szkolnego ZMP i następnego dnia po wyborczej konferencji zaprosił mnie do swego gabinetu dyrektor szkoły, a także wykładowca matematyki w mojej klasie, pogratulował wyboru i wyraził przekonanie, że będzie się nam – jemu i mnie – znakomicie współdziałało w motywowaniu młodzieży do wydajnej nauki i przestrzegania szkolnej dyscypliny.

            Jedną z mych poprzedniczek w pełnieniu zaszczytnej funkcji w ZMP była Basia T. z rocznika, któremu wojna pogmatwała losy, toteż maturę zdawała jako 21 letnia panna. Było w niej wiele stanowczości, a nawet tupetu i potrafiła sobie dookoła palca owinąć  nawet dyrektora szkoły. Później dyrekcja się zmieniła, ja należałem już do pokolenia z uporządkowanym życiorysem, świadectwo dojrzałości otrzymałem mając skończonych lat 17 i dobrze już wiedziałem, że niepoznawalne do końca są otchłanie przedmiotu, który wykładał w mej klasie dyrektor. Zawsze mógł mi wykazać rażące braki w tym zakresie, a mój ojciec nosił spodnie na jednym z najważniejszych w tamtych czasach instrumentów wychowania i w uzasadnionych przypadkach używał go bez większych ograniczeń.

            Maturę zdałem w 1955 roku, w tymże roku dostałem się na Wydz. Prawa Uniwersytetu Warszawskiego i wkrótce nastał październik 1956 r., którego dezideologizujące codzienność trendy, szczególnie ciepło witane były w środowisku studenckim. Nigdy i w żaden sposób nie czułem się zmuszany do wyznawania cudzych, dyktowanych mi poglądów, bo miałem się za człowieka wolnego. Październik 1956 r. utwierdził mnie w tym przekonaniu.

            Czytam w 16 numerze WPROST artykuł Magdy Papuzińskiej zatytułowany STRZEŻCIE SIĘ PROFESORÓW, we wstępie do którego znajduję takie oto spostrzeżenia:

PROFESOR UNIWERSYTETU IM. ADAMA MICKIEWICZA, PSYCHOLOG SEKSUOLOG LECHOSŁAW GAPIK ZOSTAŁ WŁAŚNIE SKAZANY NA CZTERY LATA WIĘZIENIA ZA MOLESTOWANIE PACJENTEK. PROFESOR PAN UDZIELA WYWIADU, W KTÓRYM DAJE WYRAZ SWEJ NIENAWIŚCI DO NARODU ŻYDOWSKIEGO. PROFESOR WYBRANA DO SEJMU OBRZUCA BŁOTEM MNIEJSZOŚCI SEKSUALNE. POLSKA PROFESURA SIĘ KOMPROMITUJE.

            W 16 numerze POLITYKI znajduję pośmiertne wspomnienie poświęcone wybitnemu polskiemu i mojemu ulubionemu historykowi, prof. Andrzejowi Garlickiemu, pióra prof. Tomasza Nałęcza i takie oto spostrzeżenia odnoszące się do losów Zmarłego, w czsach PRL: Za to kilkunastoletni Andrzej utonął w tej polityce po uszy. Jak wielu z jego pokolenia, w zetempowskiej koszuli gotów był wywracać świat do góry nogami. To zaczadzenie komuni­stycznym radykalizmem nie trwało długo, ale wróciło do niego rykoszetem po latach, kiedy to już jako ceniony uczony i po­ważany wieloletni dziekan Wydziału Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego musiał się tłumaczyć z niechlubnych, zachowań niedowarzonego młokosa.

            Tak naprawdę politycznie ukształtował go polski Paździenik 1956 r. Wtedy uwierzył, że komunizm w Polsce może mieć  ludzką twarz. Wtedy też nabrał przekonania, że w istniejących realiach międzynarodowych to jest jedyna droga, którą może podążać Polska i Polacy. Wtedy też zrozumiał, że w ostrym ogniu polityki ludzie spalają się bardzo szybko. Nie zabiegał  o profity partyjnego aparatczyka. Wybrał drogę uczonego i nauczyciela akademickiego.

            Wśród znacznej części polskiej profesury uczelni wyższych utrwalił się pogląd, że inteligenta obowiązuje ostre przyflekowanie PRL-owi przy każdej nadarzającej się okazji. Czy znajdą się dzisiaj studenci uczelni w Ostrołęce, których stać będzie by powiedzieć p. profesor prawa Krystynie Pawłowicz, że nie godzą się z politycznymi obsesjami i wręcz głupotami Jarosława Kaczyńskiego, które ich pani profesor ochoczo powiela i reklamuje ?

            Czy znajdą się studenci, których pracami kieruje historyk prof. dr hab. Krzysztof Jasiewicz z Polskiej Akademii Nauk, zdolni ostro zaprotestować wobec bredni i wygadywanych przez niego bzdur w wywiadzie udzielonym pismu FOCUS HISTORIA (nr 2 z bieżącego roku) na temat kolaboracji Żydów z okupantem sowieckim w okresie po 17 IX 1939 i ich stosunku do Polaków ?

            Prof.dr.hab.nauk historycznych Tomasz Nałęcz, urodził się w październiku 1949 r. Gdy Polacy w październiku 1956 r. otrząsali się z krępujących ich nadmiernie więzów ideologicznych, miał ledwie 7 lat i zaczynał zapewne dopiero podstawówkę. Kiedy wydoroślał, zapisał się w 1970 r. do PZPR i trwał w tym zapisie do słynnej komendy Mieczysława Rakowskiego SZTANDAR WYPROWADZIĆ. Nie słyszałem by w czasie tej przynależności ostrzej usiłował modyfikować linię partii według poglądów, które wyraża dzisiaj.

            Takich, jak wymienieni, profesorów wszelkich uczelni wyższych jest dzisiaj multum. Są wśród nich wyznawcy nauk proroka Rydzyka i wierzący we wszelkie smoleńskie brednie wymyślane przez Antoniego Macierewicza na użytek Jarosława Kaczyńskiego i PiS. Celowo wspomniałem na wstępie mych nauczycieli ze szkoły średniej, by porównać z nimi dzisiejszych akademickich profesorów. I jak wypadło porównanie ?

            Państwo profesorostwo  płci obojga w tzw. wolnej i demokratycznej Polsce korzystają z demokracji i nie przebierając w środkach oraz metodach flekują PRL. A wszelkiego draństwa i kurewstwa w dzisiejszym czasie też jest pod dostatkiem, lecz jakoś uchodzi uwadze tych uczonych. Mam więc do nich apel: ODPIEPRZCIE SIĘ WRESZCIE OD PRL I Z RÓWNĄ ODWAGĄ POTRAKTUJCIE DOKONANIA III RP. Pani prof. Krystyna Pawłowicz, na przykład, powinna tamtą Polskę przedstawiać za wzór, bo ówczesne rządy głośno i oficjalnie nie popierały kochających inaczej i nawet tak wpływowy wówczas człowiek, jak  Jarosław Iwaszkiewicz nie chwalił się publicznie swymi seksualnymi preferencjami. Jak Pani sądzi, pani profesor Krystyno P. czy dlatego tak było, że działała cenzura, czy może dlatego, że normą była znaczna powściągliwość w opowieściach o sferze spraw intymnych ? 

A było to skutkiem wysokiego etycznego poziomu profesorów szkół średnich, lecz zapewne wyższych także.

P.s. Przepraszam za użycie dość niecenzuralnego słowa, lecz odnoszę wrażenie, że mniej emocjonalnie naładowane nie trafiają już nawet do sfer akademickich. I to także wydaje się być signum temporis III RP.

 

 

 

 



komentarze (10) | dodaj komentarz

Nie wygłupiaj się pan, b. Ministrze !

poniedziałek, 15 kwietnia 2013 22:20

 

            Dzięki pisarskiej smykałce b. ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji w rządzie Jerzego Buzka, obecnie posła PO - Marka Biernackiego dowiedziałem się, że Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego zajmuje się także działalnością edytorską i wydała ostatnio dzieło pt. „Współpraca SB MSW PRL z KGB ZSRR w latach 1970-1990, próba bilansu”. Marek Biernacki zrecenzował tę elukubrację na łamach  tygodnika WPROST.

 

            Władza państwowa III RP powołała do życia Instytut Pamięci Narodowej jako placówkę naukowo-badawczą, a teraz ABW przebrała się w szaty krzewiciela wiedzy i oświaty. Włodarze dzisiejszej Polski powinni zdawać sobie sprawę z tego, że jeśli takie  placówki, jak IPN czy ABW zajmują się działalnością publicystyczną i wydawniczą, to w znacznym, kto wie czy nie w przeważającym stopniu, jest to działalność o charakterze propagandowym. W PRL, podobnie jak w dzisiejszej III RP, propaganda była zjawiskiem wszechobecnym, toteż pracując w resorcie spraw wewnętrznych miałem znakomite pole dla jego obserwacji. Pozostało mi wrażenie, że różnice odnoszą się głównie do treści, bo jeśli o formę idzie, to specjaliści w III RP uczynili ją bardziej finezyjną nierzadko, a więc skuteczniej trafiającą do odbiorcy. O częstotliwości występowania fenomenu nie ma co wspominać nawet: wart Pac pałaca i pałac Paca.

 

               Marek Biernacki - b. minister, wiele wie, lecz panuje nad językiem.         

             Pracę w resorcie spraw wewnętrznych PRL rozpocząłem w czerwcu 1961 r. w ówczesnej Komendzie Stołecznej MO, która to nazwa skrywała także Służbę Bezpieczeństwa, jako funkcjonariusz II-go  tej służby wydziału – a więc kontrwywiadu. Pracowałem tam do lutego 1968 r., w międzyczasie ukończyłem roczną szkołę oficerską w Legionowie, byłem partyjnym aktywistą i nawet sekretarzem POP PZPR w wydziale, lecz żadnego radzieckiego kontrolera, nadzorcy czy też doradcy lub konsultanta choćby, na oczy nie widziałem.           Później przeniesiono mnie do ministerstwa, gdzie w r.1980 wybrany zostałem I sekretarzem Komitetu Dzielnicowego (tak się nazywał ze względu na liczebność członków partii) PZPR w MSW, w 1981 r. gen. Kiszczak mianował mnie z-cą d.s. SB szefa Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Olsztynie  i przez cały ten czas ledwie dwa czy trzy razy miałem możność poznać przedstawicieli radzieckich służb specjalnych.

           

            A pisze przecież recenzent dzieła produkcji ABW: Pozycję KGB wskazywało szcze­gólne umocowanie w Warszawie Grupy Łącznikowej KGB pod kryp­tonimem „Narew", której funk­cjonariusze - jak świadczą relacje byłych esbeków - niezwykle swobodnie poruszali się po gmachu przy Rakowieckiej i w terenowych jednostkach SB. Może znając moją dość niewyparzoną gębę, nie do wszystkich gmachów mnie wpuszczano ? Albo cierpiałem na jakąś  wyjątkową ślepotę niepozwalającą dostrzec tego, co dobrze było znane całemu aktywowi „Solidarności”, a teraz wręcz jest oczywiste dla przeciętnego członka PO albo PiS ubiegających się o partyjne albo państwowe apanaże ?

 

           

            Gdzieżeście Polacy - malowane dzieci ? Drepczecue piechotą, która za wami poleci ?            

 

            Nie twierdzę, że współdziałania między KGB i SB nie było. Nie twierdzę, że nie było Grupy Łącznikowej KGB pod kryptonimem „Narew” w Warszawie i analogicznej, pod nazwą „Wisła” w Moskwie, lecz od czasów stalinizmu w Polsce (1949 – 1955) wiele, bardzo wiele w tym obszarze się zmieniało. Mam dużo większe zaufanie do skuteczności procesu odzyskiwania suwerenności i samodzielności, które powoli wprawdzie, lecz konsekwentnie poszerzaliśmy własnym wysiłkiem, niż do suwerenności, niepodległości, niezawisłości, demokracji i czego tam jeszcze – będących darami USA i całego Zachodu. Timeo Danaos et dona ferentes *) powiada Laokoon - kapłan Apollina w Eneidzie Wergiliusza i  licząca sobie sporo ponad 2 tysiące lat supozycja, nic nie straciła na aktualności.

           

            Funkcjonowanie służb specjalnych, takich zwłaszcza, jak wywiad czy kontrwywiad, ma wiele mało znanych, bądź wręcz skrywanych osobliwości. To samo dotyczy współdziałania tych służb w ramach wszelkich sojuszniczych bloków i porozumień. Toteż gdy były solidarnościowy minister spraw wewnętrznych sugeruje między wierszami swej recenzji wręcz podległość wywiadu i kontrwywiadu PRL radzieckiemu KGB, to chciałoby się doczekać publikacji także jego omówienia dokumentów i materiałów na ten temat w relacji: służby specjalne  III RP – CIA na przykład.  Sądzę, że p. Marek Biernacki o tym także sporo wie.

 

            A ponieważ  w tym temacie nie zaliczam się do nic niewiedzących analfabetów, zakończę swe rozważania myślą, którą pozwolę sobie zadedykować b. ministrowi, a dzisiaj posłowi PO: bardziej sobie cenię powolne wprawdzie, lecz stopniowe i konsekwentne wydobywanie się z cudzego tyłka, niż czerpanie przyjemności i radości z bycia w jego otchłaniach po zmianie właściciela. W tyłku, jak w tyłku, panie Pośle - jednakowo śmierdzi. Czyż nasze wojowanie w Iraku i Afganistanie nie jest wystarczającym  przejawem czerpania psiej radości ze świadczenia innemu korzyści za łaskawe pogłaskanie i podrapanie za uchem ?

__________

*) Nie wierzę Danaom nawet dary przynoszącym.

 

 

 

 



komentarze (16) | dodaj komentarz

JESZCZE TYLKO BISKUPA BRAK

środa, 10 kwietnia 2013 20:13

          Zacznę od tezy obrazoburczej: w Polsce nie ma partii lewicy. Jest kilka partyjek mniej lub bardziej lewicujących i to wszystko. Partią najbardziej wprawioną w udawanie lewicowości jest SLD. Ostatnio jej przywódca Leszek Miller postanowił ubawić swój elektorat po pachy i w charakterze  honorowego gościa zaprosił na partyjny zjazd Lecha Wałęsę. Tym satyrycznym akcentem formuła lewicowania  SLD została dopełniona.

 

          Nie pamiętam dokładnie dokonań Leszka Millera, gdy premierował rządowi, toteż nie wymienię jednym tchem jego ówczesnych zasług dla kraju. Osobliwa ich lewicowość natomiast znalazła swój szczególny wyraz w przyczynieniu się do ścisłego politycznego wiązania Polski z Zachodem (Unia Europejska), w obszarze militariów natomiast w sojuszniczym podporządkowaniu się Stanom Zjednoczonym. Z satysfakcją odnotuję, że w czasie istnienia PRL tylko raz zaangażowani zostaliśmy przez radzieckiego sojusznika w bezkrwawą dla nas interwencję w graniczącej od południa Czechosłowacji, po powstaniu III RP natomiast przymierzaliśmy się do wojenek w rozmaitych tzw. misjach pokojowych, by wreszcie ćwiczyć polskie wojsko w prawdziwych już wojnach w niezwykle odległych od naszej granicy Iraku i Afganistanie.

 

          Ale nie to jest najważniejsze. O PRL jej oficjalna propaganda mówiła także różne cudaczne rzeczy, lecz twierdzenie o szczególnej roli klasy robotniczej nie było pozbawione podstaw. Były różne trudności i nieporozumienia, ba – były przypadki drastycznego naruszania prawa, nikt jednak nie zaprzeczy, że starano się realizować zasadę sprawiedliwości społecznej, zapewniono równy i bezpłatny dostęp do szkolnictwa, ludzie pracy mieli prawo do wypoczynku i robotnik mógł spędzić swój urlop w niezłych domach wczasowych FWP za niewielkie pieniądze. Wymieniam ledwie kilka pozycji z praw, które miał polski robotnik w tamtym czasie. Gdyby zaczęto drastycznie je ograniczać, można było być pewnym gniewnych wystąpień wielkoprzemysłowej klasy robotniczej.

           

          Druga teza, której słuszności jestem pewien, a z pozycji funkcjonariusza służb specjalnych ( w tym kontrwywiadu) miałem dobrą sposobność obserwowania różnych ciekawych zdarzeń, dotyczy międzynarodowego tła sierpnia`80. Na świecie funkcjonowały wtedy dwa zwalczające się obozy. Powszechnie dostępna Wikipedia tak w tym aspekcie wspomina prezydenturę Ronalda Reagana: Doktryna Reagana była skupiona na walce z komunizmem a w praktyce z ZSRR – jako hegemonem sowieckiego – strategicznym przeciwnikiem USA i krajów niekomunistycznych. Doktryna była realizowana poprzez wspieranie zarówno finansowe, jak i militarne krajów i organizacji walczących z komunizmem, obalanie komunistycznych reżimów oraz prowadzenie „twardej” polityki wobec ZSRR. Nie ulega wątpliwości, że w Polsce lat 80.organizacją hojnie wspieraną (głównie finansowo) przez USA była „Solidarność”.

 

 

         Po ustrojowej transformacji powstało w Polsce wiele partii i partyjek. Dzisiaj też jest ich kilka, a do najważniejszych należą PO, PiS, SLD oraz Ruch Palikota. Statut PZPR twierdził, że partia ta reprezentowała interesy mas pracujących Polski. Czyje interesy reprezentują wymienione partyjki III RP, Bóg to raczy wiedzieć. Odnosiło się wrażenie, że w SLD na przykład niedawno klasą, której interesów broniono najaktywniej, byli kochający inaczej.

           

          Nie interesują mnie wszelkie inne, nawet lewicujące partyjki, idzie mi bowiem głównie o SLD uchodzący za głównego przedstawiciela tej orientacji. Chyba nic się nie zmieniło od czasów Marksa i sądzić wciąż należy, że partia polityczna powinna mieć swą społeczną bazę. Z kogo składa się ta baza SLD ? Z robotników ? Dzięki politycznemu analfabetyzmowi Wałęsy i wspomnianemu już dowolnemu wykorzystywaniu „Solidarności” przez różne siły i ośrodki, polska klasa robotnicza uległa rozproszeniu.

 

          Rozproszonych atomów dawnej robotniczej klasy nie zjednoczy się słusznymi skąd inąd 1) hasłami w obronie praw gejów i lesbijek, w aktywnym lansowaniu których SLD zdaje się niekiedy przodować. Niech wyrazicielami potrzeb i interesów kochających inaczej będą tworzone przez nich organizacje, niech radykalnie pomaga im Palikot ze swoją partyjką, nie jest to jednak temat nadający się do wpisania na sztandary głównej partii lewicy.

           

          Mamy do czynienia z narastającą drożyzną, rośnie bezrobocie, a SLD w zasadzie o tym milczy. Ile to sobie solidaruchy i prawica gęb nawycierali brakiem suwerenności PRL, a dzisiaj na temat ponownego przejawu tego zjawiska choćby w postaci OFE cisza. Na temat idiotycznych wojenek toczonych z udziałem wojska polskiego w Iraku i Afganistanie w imię strategicznych interesów USA też cisza. Klasycznym hasłem lewicy jest równość społeczna, tymczasem zarobki ciężko pracującego robotnika w żadnym stosunku się nie maja nie tylko do poborów prezesa lada banku, lecz również niejednego urzędnika średniego i wyższego szczebla w administracji państwowej. Na ten temat też po stronie SLD cisza ! Może gdzieś na jakimś portalu ktoś o tym zakwilił, nigdzie jednak szerzej ten odgłos nie dotarł.

           

          A teraz, jakby dla w pełni skutecznej dezorientacji Leszek Miller pieści się z Wałęsą, który zapoczątkował wszystko co najgorsze spotyka dzisiaj ludzi pracy w Polsce.

 

         Ciekaw jestem czy będą przypadki demonstracyjnego opuszczania przez delegatów sali obrad, gdy pojawi się w niej ten, któremu polski robotnik zawdzięcza swą wieloraką degradację.

 

Post  scriptum. Nie śledzę życia partyjnego SLD nie wiedziałem zatem, że czerwcowy zjazd lewicy ma odbyć się na sportowym stadionie. W takich warunkach delegat gwałtowne powstający z miejsca i energicznym krokiem zmierzający do wyjścia, prędzej nasuwać będzie innym myśl, że to nie demonstracja, lecz skutek gwałtownego ataku potrzeby fizjologicznej. Wesoło się robi w III RP, nawet partyjny zjazd przypominać będzie picnic.

__________

 

1)  Osobiście uważam, że należy legalizować związki partnerskie niezależnie od płci ich uczestników. Natomiast nie wolno dać homoseksualistom prawa do adopcji dzieci. Być może po wiekach tak się oswoimy z małżeństwami tej samej płci, że adoptowane przez nie dzieci nie będą wzbudzać zdziwienia, póki co jednak znaczna część społeczeństwa polskiego jest przeciwna nie tylko adopcjom, lecz także jednopłciowym związkom. Poza tym dzieci często bywają dla siebie i wobec siebie niezwykle okrutne i trudno przewidzieć jak może zakończyć się wzięcie na języki małolata, którego tatuś i mamusia noszą siusiaki. Wolałbym tego nie sprawdzać.

 

 



komentarze (11) | dodaj komentarz

TO SE NE VRATI !

niedziela, 07 kwietnia 2013 20:18

Spoko panie Kaczyński i cała reszto antykomunistów, którzyście z komunowstrętu uczynili polityczną doktrynę, wokół której kształtują się wasze polityczne poglądy i działania, TO SE NIE VRATI ! Przyznajcie panie i panowie, że marzy się wam obalenie aktualnie sprawującego władzę rządu, toteż z przypadkowo znajdowanej słomy oraz innego śmiecia montujecie kukły komunistów albo esbeków i straszycie nimi ludzi, że to niby oni rządzą, a nie Tusk czy ta cała jego PO. Skoro znalazło się tyle tysięcy zwolenników teorii zamachu w Smoleńsku, to także równie głupawy straszak „komuny” jest dobry. Śmiać się chce do rozpuku, gdy człowiek sobie pomyśli, że Prezes PiS z równym powodzeniem może ogłosić, że metoda in vitro dlatego jest lansowana, bo w tajnych, dobrze ukrytych  laboratoriach przechowywane są ludzkie zarodki z mózgami zaprogramowanymi „komuną”.

          - Jak panu Prezesowi nie uwierzyć – pomyślą zdyscyplinowani członkowie PiS i Antoni Macierewicz z właściwą sobie wprawą zabierze się za poszukiwanie podziemnych składów zarazy.

 

Giuseppe Tomasi di Lampedusa napisał powieść „Lampart”, która opublikowana została w 1958 r., już po  śmierci autora. Jest to perła włoskiej literatury, na podstawie której Luchino Visconti nakręcił równie cudowny film z Burtem Lancasterem, Alain`em Delonem i Claudią Cardinale w rolach głównych.. Powieść i film są o tym, jak w XIX wieku w mroki historii odchodzi we Włoszech feudalizm i arystokracja, a jej miejsce zajmuje nowa klasa burżuazji.

 

Jeśli dobrze pamiętam, to Marks nie przewidywał, że burżuazja odda władzę klasie robotniczej, drobnorolnemu chłopstwu i pracującej inteligencji w wyniku krwawej rewolucji proletariackiej. Owszem, miało to być rewolucyjne przejęcie, lecz w toku krótkotrwałego i stosunkowo łagodnego wstrząsu, który dokonać się miał w wyniku nagromadzenia niepokonywalnych już sprzeczności społecznych w krajach o najbardziej rozwiniętym systemie kapitalistycznym. Istotnej zmiany w jego teorii dokonał jednak Lenin, bo w Rosji sytuacja ukształtowała się tak, że można było rewolucji dokonać, władzę przejąć, lecz był to kraj feudalny i zacofany, w całej niemal rozciągłości rolniczy, toteż wykorzystanie koncepcji Marksa musiało prowadzić do długotrwałej przemocy i niepoliczalnych ofiar. Przypominało to w jakiejś mierze chrześcijaństwo w jego katolickim wydaniu w ciągu wielu stuleci jego historii (np Inkwizycja). Niezwykle licznych i krwawych ofiar wymaga zaprowadzenie idei, której czas jeszcze nie nastał.

 

                        

 

Gdy „Lampart” wszedł na ekrany warszawskich kin, miałem ledwie 25 lat, pracowałem już w Służbie Bezpieczeństwa i do głowy nie przychodziła mi myśl, że film i także znana mi powieść, winny wzbudzić refleksje dotyczące trwałości ustroju, który chroniłem jako funkcjonariusz służb specjalnych PRL.

 

Pracując w tych służbach miałem sposobność śledzić cały proces robotniczych buntów wraz z jego apogeum w sierpniu 1980 r. Na podstawie tych obserwacji twierdzę z całym przekonaniem, że rewolucyjna zmiana ustroju w Polsce, która dokonała się pod rosnącą presją „Solidarności”, była procesem w tym samym stopniu autentycznym, co przejęcie władzy w Rosji przez rachityczną, jak na ten kraj klasę robotniczą. Była jednak także ogromna różnica: w Rosji, a także później w Polsce dokonana rewolucja uczyniła jej sprawcę - proletariat -demiurgiem historii, podnosząc do entej potęgi jego znaczenie. Tymczasem rewolucja dokonana przez solidaruchów za pomocą zbuntowanej polskiej klasy robotniczej sprawiła, że klasa ta jako licząca się siła społeczna praktycznie przestała istnieć. Do dzisiaj nietrudno znaleźć entuzjastów Wałęsy, przypisujących mu osobliwą charyzmę, za pomocą której dokonał obalenia „komuny”. Bzdura ! Wałęsa był jak pijane dziecko we mgle, które potulnie wypełniało dyspozycje sztabu doradców, bardzo różne realizujących programy i ulegających presji bardzo różnych sił w ówczesnym bipolarnym świecie. Najprawdopodobniej ten  robotniczy przywódca in spe wiedział tylko, że ma wykonywać polecenia, których istoty nie był w stanie ogarnąć swym umysłem.

 

Nie zawahałbym się przed twierdzeniem, że zmiana ustroju w Polsce po artyleryjskim przygotowaniu prowadzonym w 1989 roku i później, była gigantycznym oszustwem dokonanym przez tych, którzy „Solidarność” traktowali wyłącznie jako instrument tej zmiany. Czy prof. Balcerowicz pytał polskie społeczeństwo o zgodę na zainstalowania pazernego kapitalizmu i zaprzedanie Polski Zachodowi ? Większość solidaruchów wciąż mamlała w gębach hasło „socjalizm tak, wypaczenia nie” i oto pewnego ranka, dalej je mamląc, obudziła się w kapitalizmie we wczesnej  - nader pazernej jego postaci.

 

Istota błędu popełnionego w Rosji w 1917 r. polegała na niezrozumieniu sprawy oczywistej, że władzę polityczną przejąć może klasa społeczna, która zyskała już instrumenty władzy ekonomicznej. Jak burżuazja, która w XIX wieku odsunęła we Włoszech od władzy feudałów, co znakomicie opisał Lampedusa, a sfilmował Visconti.

 

W latach 60. książka i film zachwyciły, szybko jednak ustąpiły miejsca kolejnym wytworom tych dziedzin sztuki. Dzisiaj uległy całkowitemu niemal zapomnieniu. Bo teraz obowiązuje zasada NIE MYŚL, BAW SIĘ. Nawet w tramwajach autobusach i pociągach będzie można się podłączać do coraz bardziej ogłupiającego Internetu, który znakomicie pomaga tę dyrektywę realizować.

 

Jeszcze raz zatem wołam: spoko panie Kaczyński i cała reszto antykomunistów, TO SE NE VRATI. Nawet gdyby zmartwychwstali Gomułka, Gierek i wszyscy zmarli funkcjonariusze SB, a żyjący odmłodniawszy, odzyskali pełnie sił. Z kapitalizmem jest jak z  nieostrożną i chutliwą kobietą: łatwo daje, ale cholernie jej trudno, a wręcz niemożliwe, wyjść z opresji, która jest wynikiem rozrzutnego gospodarowania wdziękami. Przestańcie więc ogłupiać i tak mocno już uległy temu procesowi naród.

 

  

 

 

 

 



komentarze (13) | dodaj komentarz

sobota, 27 sierpnia 2016

Licznik odwiedzin:  428 404  

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

O moim bloogu

Kiedy przeskoczysz, to i wtedy nie mów hop. Zobacz najpierw w co wskoczyłeś (Julian TUWIM)

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Statystyki

Odwiedziny: 428404
Wpisy
  • liczba: 642
  • komentarze: 4010
Galerie
  • liczba zdjęć: 52
  • komentarze: 34
Punkty konkursowe: 300
Bloog istnieje od: 2757 dni

Lubię to

Wizytówka


Wiesław Poczmański

wirtualni.wp.pl forum.wp.pl