Nie zamierzam wgryzać się w prawne aspekty postępowania, bo zęby już nie te i resztek ich nie zamierzam tracić na rozgryzaniu nierozgryzalnych argumentów pana Prokuratora z posiłkowymi pełnomocnikami oskarżycieli włącznie, toteż poprzestanę na ogólniejszych refleksjach prawnych i wrażeniach mniej prawnych.
Wszczynanie po 16 latach procesu wciąż o to samo, bez zaistnienia nowych okoliczności sprawy i nowych dowodów, to przypadek kuriozalny. Zasada ekonomii procesowej postuluje rozstrzyganie spraw w rozsądnych terminach, przy oszczędnym wykorzystaniu ludzkich sił i materialnych środków. To prawda, że zasada ta, choć wyrażona w kodeksie postępowania karnego, nie precyzuje pojęcia „rozsądny termin", ustawodawca miał jednak prawo sądzić, że postulat adresuje do ludzi rozsądnych. O ludzka naiwności ! Czasy się zmieniły, miejsce ideologii marksistowsko-leninowskiej zajęła iście chrześcijańska ideologia zemsty i odwetu, gdzież więc szukać sił mogących skłonić ludzi do rozsądku ?
Jestem pewny, że większość prawników uczestniczących w sprawie gen. Kiszczaka (no, może z wyjątkiem adwokatów, którym liczniki czasu biją na korzyść) ma sprawy dość i w zaufanych gronach na jej wspomnienie puka się znacząco w czoła, ale popukają się, postukają, zakładają togi i robią co trzeba. I tu wchodzimy w sferę prawnej polskiej mitologii.
Mit pierwszy sformułowany został w art. 2 Konstytucji RP, który to przepis powiada, że Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej.
W pierwszym procesie, który rozpoczął się w 1994 r. gen Kiszczak został uniewinniony i natychmiast zaczął się dziki wrzask odnowionych w toku ustrojowej przemiany kręgów opiniotwórczych, które prócz wiary w Boga Wszechmogącego, wyznają zasadę Kazimierza Pawlaka: sąd sądem, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie. Jej praktyczne zastosowanie polega na uznaniu przez owe kręgi co jest sprawiedliwe i stosowaniu środków prawnych w taki sposób, by przyjęte ustalenia zostały zrealizowane. Przykładem jest sławetna ustawa z 23 stycznia 2009 r. o emeryturach służb mundurowych PRL, a także sprawa gen. Kiszczaka. Gdyby przejrzeć wokandy sądów w kraju za ostatnie dwudziestolecie, podobnych przypadków znalazłoby się sporo więcej.
Jest inny jeszcze, bardzo osobliwy aspekt takiej metodologii działania kręgów opiniotwórczych, który powinien wzbudzać w nich obrzydzenie i skłaniać do odejścia od stosowanej praktyki. Otóż jest ona bezsprzecznym dowodem na prawdziwość marksistowsko-leninowskiej tezy o klasowym charakterze prawa, która głosi, że służy ono klasie panującej i jest przez nią traktowane instrumentalnie. Porządny demokratyczny liberał za lada ślad uprawniający podejrzenie, że służy swym działaniem potwierdzaniu słuszności marksizmu-leninizmu, powinien kazać zakopać się żywcem, ale w polskim modelu liberalnej demokracji do porządności droga jeszcze daleka.
Mit drugi wywodzi się z art.10 pkt 1 Konstytucji głoszącego, że Ustrój Rzeczypospolitej opiera się na podziale i równowadze władzy ustawodawczej, władzy wykonawczej i władzy sądowniczej. Stanowiąc ten przepis ustawodawca popełnił poważny błąd nie uwzględniając czwartej - oberwładzy, która teoretycznie należy do tzw. wolnych i tzw. demokratycznych mediów zespolonych ze wspomnianymi kręgami opiniotwórczymi. To w tych rejonach zapadają strategiczne decyzje, a skoro już zapadną, władza sądownicza musi swe wyroki unieważniać, zakończone procesy wszczynać i najbardziej głupawe pomysły przyobleczone w kształt ustaw akceptować. Związek władzy ustawodawczej z opiniotwórczo-medialną władzą RP jest tak oczywisty, że i wspominać o tym nie warto (np.lobbing), a władza wykonawcza nie ma nic do gadania i musi odejść, gdy oberwładza wynajdzie i nagłośni jakąś aferę (exemplum „afera" Rywina).
I trzeci mit prawny znajduje swój rodowód w art. 32 pkt 1 i pkt 2 Ustawy Zasadniczej, który takim oto sformułowaniem bawi czytelników: 1.Wszyscy wobec prawa są równi. Wszyscy maja prawo do równego traktowania przez władze publiczne. 2.Nikt nie może być dyskryminowany w życiu politycznym, społecznym lub gospodarczym z jakiejkolwiek przyczyny.
Ja jestem emerytowanym oficerem byłej Służby Bezpieczeństwa b. PRL, któremu potężnie chlaśnięto emeryturę i na luksusy już mnie nie stać. Gdy jednak Wysoki Polski Ustawodawca udowodni mi, że ja mogę korzystać z tych samych praw, które przysługują Jarosławowi Kaczyńskiemu albo, nie przymierzając, Aleksandrowi Szczygle z obsługi Pana Prezydenta RP, to ja Wysokiemu Ustawodawcy za całe swe miesięczne dochody stawiam dużą wódkę z flakami oraz kaszanką na zakąskę i przestaję się turlać ze śmiechu na wspomnienie tej równości.
Przed kilkoma dniami, na skutek niefortunnego zbiegu okoliczności, spędziłem siedem nocnych godzin w nieogrzewanej i pełnej przeciągów hali dworca PKP w pewnym wojewódzkim mieście, gdy na zewnątrz było minus 10 gradusów Celsjusza. W miarę zapadania nocy coraz więcej bezdomnych polegiwało na ławkach dla pasażerów i na posadzce hali, w miejscach osłoniętych od zimnych powiewów. Mnie stać było na wstąpienie do barku, pogrzanie się gorącą kawą i herbatą, a ci inni, też równi, łapczywie raczyli się snem przerywanym dojmującym chłodem, gdy musieli wstać i poruszać się nieco, by przeżyć tę noc. No to ja uprzejmie zapraszam Wysokiego Ustawodawcę na podobną przygodę, tylko proszę zabrać z sobą krawiecką miarkę albo jaką inną linijkę żeby sprawdzić tę konstytucyjną równość.
Ja przewrotnie życzę gen. Kiszczakowi, by procesy o strzelaniny w kopalniach w 1981 r. trwały jeszcze ze sto lat. Bo dopóty, dopóki nie zapadnie prawomocny wyrok, podsądnemu nie wolno umrzeć i musi się cieszyć takim zdrowiem, by możliwe było odpowiadanie na pytania pana Prokuratora, posiłkowych oskarżycieli i Wysokiego Sądu.
Pan Prokurator zwrócił w pewnym momencie uwagę na to, że gen. Kiszczak w jakiejś poprawce do jakiejś instrukcji zmienił pojęcie „zagrożenie życia ludzkiego" na „zagrożenie życia" i prosił oskarżonego, by wyjaśnił powody tej zmiany. Bo zaiste wyjaśnić warto, czy dokonując korekty gen. Kiszczak troszczył się o ludzkie życie czy też może bardziej o życie psów służbowych pozostających na usługach ZOMO, które nie podlegałoby szczególnej ochronie, gdyby preferowano życie ludzi. Wysoki Sąd uchylił pytanie pana Prokuratora, bo jeszcze nie zasnął od podobnych dociekań, ale gdy umykać one będą uwadze Wysokiej Instancji, to proces może się toczyć ad mortem usrandum.
I tylko mi żal, że władza sądownicza nie ma powodów, by zmuszać mnie do długowieczności i nie będę mógł przez to obserwować kolejnych erupcji prawniczej myśli opiniotwórczych kręgów RP. A jeszcze w czasach nauki w liceum, większość jesiennych i zimowych wagarów spędzałem w tym samym sądzie, bo ciepło było i pośmiać się było z czego. Proszę więc usilnie śledczych historyków z IPN by staranniej przejrzeli me akta, co sprawić może, że Wysoki Sąd także mnie, jak gen. Kiszczakowi, nakaże żyć dłużej.
ROSNĄCA Z WIEKIEM WYBREDNOŚĆ DUSZY
W ostatnich dniach nastąpił kolejny wybuch (wybuszek w istocie) w tlącej się od lat sprawie gen. Wojciecha Jaruzelskiego. Eksplozję (eksplozyjkę zaledwie) sprawił film dokumentalny „Towarzysz generał" w wykonaniu dwóch ludzi uchodzących za twórców filmowych dokumentów: Grzegorza Brauna i Roberta Kaczmarka.
Od dłuższego już czasu nie mam telewizora i w zasadzie nie oglądam telewizyjnej produkcji krajowej oraz zagranicznej, mam jednak aż dwa jej odbiorniki tuż obok, u syna, toteż w razie jakiegoś zasługującego na to wydarzenia, mogę do niego pójść i spektakl obejrzeć.
Gdy telewizor miałem i po ustrojowym przełomie często oglądałem z dnia na dzień chamiejącą polityczną publicystykę nowych i nowonawróconych starych chwalców „nowego", które coraz bardziej przypominało „bardzo stare", w trosce o własne zdrowie trzeba było dokonywać coraz staranniejszej selekcji oferowanych na wizji pozycji.
Mieszkając w niewielkim Olsztynie, który rozmaici durnie wciąż mają za prowincję, wyszedłem z takiego oto założenia: gdyby do tego zacnego miasta przyjechał np. zabiegający o popularność Przemysław Gosiewski, podmarszałek Zbigniew Romaszewski, a nie daj Boże w tym samym celu Antoni Macierewicz, że poprzestanę na tych trzech tylko antypatycznych mi postaciach, to uczestnicząc w spotkaniach, byłbym składnikiem ich publiczności. Mówiliby później żurnalistom: na mityng ze mną przybyły tysiące. Otóż beze mnie Panowie! Raz tylko byłem na takiej masówce z Lechem czy też Jarosławem Kaczyńskim (nie rozróżniałem wtedy ich jeszcze) i długi czas trwało bolesne szorowanie duszy dla zmycia hańby wynikającej z zaliczenia mnie do grona kibiców jednej z tych postaci.
Teraz zatem, gdy dowolna telewizja reklamuje jakieś swe przedstawienie, najpierw sprawdzam starannie kim i czym są jego twórcy. Jeśli np. proponują mi obejrzenie programu historycznego, a ze wstępnego rozpoznania wynika, że jego autorem jest jakiś śledczy historyk z IPN, oczywiście rezygnuję, bo nawet za cenę nadziei znalezienia na śmietniku perły, nie zamierzam zapaskudzać sobie po łokcie rąk poszukując jej wśród śmieci i odchodów. Dzisiejsza technika daje możliwość odtworzenia spektaklu, toteż perłę obejrzeć sobie mogę po odkryciu jej przez ludzi, na których opiniach polegam.
Gdy dowiedziałem się zatem, że TVP prezentować będzie film o gen. Jaruzelskim, natychmiast sięgnąłem do informacji o wspomnianych wyżej jego twórcach i zrezygnowałem.
W sąsiednim domu mieszka stara, zniszczona alkoholem i kurewstwem pani Zosia i gdyby zapraszano mnie na przedstawienie sztuki o Maryi zawsze dziewicy w jej reżyserii, to mimo obowiązującej dzisiaj mody na performances i podobne szokingi, też bym nie poszedł.
PATRIOTYCZNY SPEKTAKL MINISTRA KLICHA
Kolejne patriotyczne przedstawienie o gen. Jaruzelskim, tym razem na teatralnych deskach MON, wyreżyserował szef tego resortu Bogdan Klich. Otóż korzystając z przysługujących mu uprawnień osoby zarządzającej także budynkami wojskowymi, wydał rozkaz, aby byłego Prezydenta RP pozbawić pomieszczenia w jednej z podlegających ministrowi budowli, w której wynajmował je na swe biuro. Gen. Jaruzelski zapewne regularnie płacił za wynajem, bo jest człowiekiem solidnym, poza tym ma na to specjalnie przyznane pieniądze, ale min. Klichowi nie wystarcza okazywanie patriotyzmu za pomocą wysyłania polskich żołnierzy na amerykańską wojnę w Afganistanie, toteż postanowił jeszcze silniej zademonstrować tę postawę, mszcząc się dostępnym sobie sposobem na 87 letnim starcu.
Gdy pijałem jeszcze trunki, osobliwie lubiłem bimber pędzony przez znajomego starszego człowieka, którego odwiedzałem w jednej z kurpiowskich wiosek. Cudownie było go słuchać, gdy w późne letnie wieczory pociągaliśmy ze szklaneczek siekierzasty trunek pod wędzonego węgorza albo pod smażonego szczupaka, którego jak nikt przyrządzić potrafiła żona mego znajomego.
- Politykiem to może być chłop, któremu staje tylko rano do sikania i ma chorą wątrobę - mawiał gdy temat rozmowy schodził na aktorów politycznej sceny. - Jak ma to wszystko, to nie wygłupi się jak jaki szczeniak, bo choćby chciał, to nie będzie mógł.
- Aha - dodawał po chwili zamyślenia - i żeby spory kawałek chłopa było z niego, bo jak będzie kurdupel, to serce u takiego jest blisko tyłka i zdarzy się nie raz, że w gównie się zamoczy, a z tego tylko różne głupie pomysły do łba przychodzą.
No, ale rola chłopstwa pracującego zmalała dzisiaj gwałtownie, podobnie, jak rola robotniczej klasy, kto by zatem słuchał rad jakiegoś starego Kurpia.

Z takim uśmiechem,
I pod tym znakiem,
Zawsze się dogada
Polak z Polakiem.
BOLESNE SKUTKI ZAPARCIA
MOTTO:
Kiedy Piotr był na dole, na dziedzińcu, przyszła jedna ze służących najwyższego kapłana.
Zobaczywszy Piotra grzejącego się [przy ogniu], przypatrzyła mu się i rzekła:
„I ty byłeś z tym Nazarejczykiem Jezusem". Lecz on zaprzeczył, mówiąc:
„Nie wiem i nie rozumiem, co mówisz". I wyszedł na zewnątrz do przedsionka, a kogut zapiał. Służąca, ujrzawszy go, znowu zaczęła mówić do tych, którzy tam stali:
„To jest jeden z nich". A on ponownie zaprzeczył.
Po chwili ci, którzy tam stali, mówili znowu do Piotra:
„Na pewno jesteś jednym z nich, jesteś także Galilejczykiem".
Lecz on począł się zaklinać i przysięgać:
„Nie znam tego człowieka, o którym mówicie"
(Mk 14, 66-71).
Uczestniczyłem wczoraj w zebraniu pewnego zacnego grona emerytów służb mundurowych PRL, pod którą to nazwą kryją się spensjonowani milicjanci, funkcjonariusze SB, urzędnicy oraz wykładowcy ówczesnych szkół służb cywilnych i glinianych, z Akademią Spraw Wewnętrznych na czele, urzędnicy pionu kadr MSW, wszelkich kartotek i cała masa znęcających się nad spragnionym wolności polskim narodem pielęgniarek, lekarek i lekarzy, sprzątaczek, przedszkolnych oraz kolonijnych wychowawczyń, których preambuła do obniżającej im emerytury ustawy z 23 stycznia 2009 r. en bloc uznała za
Za to wszystko sekretarce z Katedry Kryminalistyki Akademii Spraw Wewnętrznych chlaśnięto emeryturę o 2/3, choć naruszała prawa człowieka tylko w postaci częstego odmawiania mężowi małżeńskich świadczeń pod pretekstem bólu głowy, a gdy wracał z leczniczych zabiegów w tym zakresie, pobieranych odpłatnie na boku, odmawiania podania mu obiadu pod pysk.
Atmosfera zebrania była sympatyczna, bo nie było na sali żadnego beneficjenta ustawy, której art.3 pkt 4 premiuje zachowaniem całości świadczenia za wszawą zdradę nazywaną działalnością polegającą na podjęciu, bez wiedzy przełożonych, czynnej współpracy z osobami lub organizacjami działającymi na rzecz niepodległości Państwa Polskiego w okresie służby w organach bezpieczeństwa państwa w latach 1944-1990 .
Wspomniany przepis art. 3 pkt 4 oraz wzorzec uosabiany egzemplarzem Ryszarda Kuklińskiego, prostą drogą prowadzą do spełnienia modelu patrioty tak oddanego sprawie, że tylko babci i dziadka w imię celów wyższych nie zadenuncjuje, bo staruszkowie już nie żyją. Chociaż, znając niektóre publikacje śledczych naukowców z IPN, chcę zmartwić nieboszczyków, także im bowiem nie musi być darowane.
Większość obecnych na sali ludzi jęła dźwigać już na swych barkach ósmy krzyżyk żywota, lecz poczucie sprawiedliwości prawodawców z PO, PiS oraz ugrupowań o podobnej reputacji, nie dozna żadnego uszczerbku. Zdarzało się bowiem w czasach zamierzchłej słowiańszczyzny, że takiego nieprzydatnego już w niczym zgreda, wyprowadzano w odludne miejsce, sadzano tak, żeby wstać nie mógł i pozostawiano ad mortem usrandum. Tymczasem za sprawą pańskiej łaskawości działaczy obu wymienionych partii, wspomnianej już sekretarce z ASW pozostawiono 620 PLN emerytury, toteż po opłaceniu czynszu starczy jej jeszcze na kupno ćwierci bochenka baltonowskiego chleba dziennie oraz jednego kiszonego ogórka dla rewitaminizacji, co moment wstępnej kadrowej weryfikacji dokonywanej przez św. Piotra, znacznie przesunie w czasie.
Dlaczego o tym wszystkim wspominam ? Otóż bywało, że do chórów różnych, z upływem czasu coraz liczniejszych odkrywców „nieludzkiej ziemi komunizmu", którym z racji daty urodzenia nie było danym stopy na niej postawić, dołączali autochtoni zamieszkujący w przeszłości ten ląd. I przyznawali niekiedy: tak, nieludzka to była ziemia i trudno żyć na niej było, choć łacno przeżyli, a wyznanie to zawierało w sobie nadzieję, że na tej nowej, bardziej jakoby ludzkiej, jaki ochłap spadnie ze stołów, przy których ucztowali „odkrywcy" starej. I w ten sposób wyrzekano się własnej historii, unieważniano własną przeszłość, a prowadziło to do zatarcia wszelkiej tożsamości człowieka. Nic więc dziwnego, że z takimi, którzy samych siebie gotowi byli się zaprzeć, konkwistadorzy tzw. demokracji robić mogli co chcieli, z odebraniem emerytur włącznie.
Każdemu zatem odkrywcy „nieludzkiej ziemi", każdemu moraliście skłonnemu pouczać mnie co i jak powinienem był czynić, by zasłużyć na jego przychylność, odpowiadam: WARA OD MOJEJ PRZESZŁOŚCI, BO TYLKO SĄD MA PRAWO O NIEJ WYROKOWAĆ, JEŚLI WYKAŻE MI NARUSZENIE OBOWIĄZUJĄCEGO PRAWA. A działacze jedno lub kilkusezonowych tworów w postaci PiS, PO et consortes, nawet wyposażeni w miecze wykute z ipeenowskiej stali, niech snują sobie opowieści na ciocinych imieninach. Tyle samo mnie to obchodzi, co wszelkie ich publikacje, które, niestety, finansowane są także dzięki redukcji mej emerytury.
Kiedyś w starych aktach archiwalnych znalazłem notatkę milicjanta pełniącego służbę w jednym z góralskich komisariatów w latach 50.: „Rzeczona Maryna K. do spowiedzi przystępuje co tydzień, we mszach uczestniczy regularnie, a z moralnością nie ma nic wspólnego." Bracia w wierze z PiSu, PO i reszty sejmowej większości, czyżby waszą pramatką ta kobieta była ?
GRZESZNE PRAKTYKI POBOŻNYCH SŁUŻB
Oj spsiały tzw. służby specjalne III RP, to spsiały ! Spektakularnym przejawem skutków wpływania na nie przez kadrę o ideologicznym rodowodzie spod znaku PiS, był casus agenta Tomka, który tak rozmiłował w swych fizycznych walorach kobietę pozbawioną większych szans zaznania rozkoszy, że uległa mu przystając na podłe propozycje, byleby zrobił to, czego nie robiono jej od dawna.
W czasach mej czynnej służby w organach gnębienia narodu, miało się do dyspozycji ludzi płci obojga mogących świadczyć takie przysługi, by samemu tego nie czynić, mogło to bowiem prowadzić do głupawych powiązań funkcjonariusza, z osobą, którą służbowo miał się interesować z wykorzystaniem fizycznego jej zaspokojenia. Gdybym przeleciał figurantkę prowadzonej przez siebie sprawy i wyszłoby to na jaw, mógłbym dyscyplinarnie wylecieć z roboty, w III RP natomiast stopień zdemokratyzowania służb specjalnych tak się posunął, że figurantki spraw posuwać też już można.
W jednym z numerów POLITYKI znalazłem informację o podsłuchach. Kiedyś dzieliły się one na dwie główne kategorie: pokojowe i telefoniczne. Telefoniczny można było załatwić dość łatwo, z pokojowym bywały kłopoty. Piszą w tygodniku, że dzisiaj tych podsłuchów jest 80 do 90 tysięcy rocznie. Jezu Chryyyyy!!! Pracowałem zatem w państwie, które na tle dzisiejszego było Mekką swobód i wolności.
Jaki ma związek podsłuchomania z agentem Tomkiem ? Skoro dysponuje się ludźmi o takich możliwościach prowadzenia działań operacyjnych, to trzeba polegać na tzw. technice i ładować podsłuchy gdzie się da. No bo agent Tomek potrafi zaledwie pokazać to, co ma w rozporku i na tej podstawie dokonać pozyskania zafascynowanej tym damy. A co będzie, gdy na przykład dama okaże się lesbijką ?
Różni ludzie z kręgów prawodawczych kombinują nad zrównaniem emerytalnych uprawnień dzisiejszych funkcjonariuszy tzw. służb specjalnych z emeryturami dozorców domów, kierowców taksówek, ekspedientek sklepów czy kasjerek z okienek dworców kolejowych i autobusowych. Panienka w okienku pracuje osiem godzin dziennie, po czym zabiera tyłek w troki i krzesełko zwalnia dla koleżanki, która też odbębni ośmiogodzinny dyżur. Tymczasem taki agent Tomek, gdy zacznie romans z figurantką sprawy, by skłonić ją swymi przymiotami do dopuszczenia się czynu bezprawnego, nie może nagle, na podstawie wskazań zegarka, przerwać takie skłanianie, lecz musi operacyjne działania doprowadzić do orgazmu. I co, za tę robotę, z natury rzeczy wykraczającą ponad ośmiogodzinny wymiar pracy i wymagającą wykazania się choćby pozorami zaangażowania uczuciowego, że o fizycznym nie wspomnę, w jakieś szpetne i postarzałe babsko, ma dostać tyle samo emerytury, co zamiatacz ulic z MPO ? To kto do cholery zgodzi się przyjść za te grosze do służb specjalnych, by wykonywać podłą robotę prowadzącą do naruszania chrześcijańskich wartości w postaci zdradzania żony ?
Dobrze, że także w służbach specjalnych są dzisiaj kapelani znający arkana pracy operacyjnej i w razie potrzeby, bez nadmiaru zdrowasiek za karę, mogący odpuszczać grzech wiarołomstwa, jeśli dokonany został na polecenie przełożonych.
wtorek, 9 lutego 2010
Licznik odwiedzin: 53693
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
"Kiedy przeskoczysz, to i wtedy nie mów hop. Zobacz najpierw w co wskoczyłeś." Julian TUWIM